22. Anuncjata (zapiski intymne Daiusza K. / intimate notes of Darius K. )

– Bóg jest albo nie, ale i tak religia jest potrzebna – Anuncjata odziana w błękitną sukienkę wygłasza tautologię tylko dla mego lewego ucha.

Dostrzegam kątem oka, że kobieta poprawia burzę falowanych, karminowych włosów sięgających do ramion.

Ksiądz wyciąga szponiastą dłoń, na czole synka wykonuje znak krzyża i miękkim głosem szepcze magiczne zaklęcia.

Chrzest wody, chrzest ognia – myślę.

Poza tymi kilkoma szczegółami pamiętam rytuał bardzo mgliście, a to dlatego, że lubię alkohol. Sądziłem, że taka rzecz nie przytrafia się człowiekowi ze średnim wykształceniem, człowiekowi z dobrego domu, a w dodatku mężczyźnie. Chłopaki przecie nie płaczą.

Gdy ksiądz wyciągnął szponiastą, a w zasadzie chudą i żylastą dłoń, poczułem, że nie chcę mieć syna. No cóż, wpadłem. Zacząłem więc nadużywać kropelek mocy jeszcze bardziej, kiedy tylko nadeszła okazja. A i bez okazji również.

***

Stal pohukuje złowróżbnie na horyzoncie.

Anuncjata wygląda teraz przez okno i usiłuje sfilmować nocną burzę, żeby zamieścić filmik na “Instagramie”. Podchodzi i pokazuje ekran komórki: faktycznie, na zapętlonym urywku widać kilka trzaśnięć błyskawicy wydobywającej z czerni błękit ponad katowickimi blokowiskami. A więc wiem już, że „w życiu piękne są tylko chwile”, a wszystko, co idylliczne, musi trwać krótko niczym rozbłysk nocnego pioruna.

Anuncjata wyłącza w salonie elektryczne oświetlenie i zapala białe smukłe świeczki: zapałką dotyka jeden za drugim, pięć knotów, aż pozłacany kandelabr wykonany z poroża zaczyna rzucać kompletną pajęczynę rozedrganego światłocienia. Teraz tkwimy w półmroku.

– Masz piękne dłonie – mówię.

– I anachroniczne życie. – Wzdycha kobieta i mam ochotę powiedzieć, że romantyczne albo objąć delikatne ciało, lecz Julian znowu zapłakał. Podchodzę do łóżeczka stojącego w pokoju obok i ściskam pampersa: jest twardy czyli zasikany. Nadszedł czas przewijania, a przez głowę niczym błyskawica przebiega mroczna myśl: widziałem ostatnio film o seryjnym mordercy z Ukrainy, który wybijał całe rodziny, niemowlaki po prostu dusił. Synek waży już sześć kilo: w trzy miesiące zyskał sto procent masy ciała więcej, a gdybym był normalny, czułbym radość.

– Czuję tylko pustkę – mówię, a synek posyła mi uśmiech, patrząc prosto w oczy.

Przewijam chłopca i nadchodzi czas na karmienie: Anuncjata odbiera dziecko, bo boi się zadławienia. Nie pozwala mi jeszcze karmić. Tutaj płonie kolejna świeca  – błękitna, pojedyncza – wydobywająca z mroku w sposób nienachalny kształty łóżka, dębowej szafy, komody, łóżeczka, storczyków i oczywiście karmiącej Anuncjaty. Twarz kobiety stanowi obraz jednocześnie mroczny i piękny.

Narzeczona, matka dziecka, zmarła podczas porodu: pękł tętniak aorty, blisko serca, a Anuncjata, jej siostra, mówi, że mnie pragnie.

Gdy żyła, narzeczona nienawidziła starszej siostry i uważała za czarownicę z powodu niezbyt dobrych wspomnień z dzieciństwa, kiedy pokłócone o ojca alkoholika, podjudzone przez matkę, ciągle robiły sobie na złość. Narzeczona chciała trzymać dziecko z dala od Anuncjaty, uzasadniając, że rzuci zły czar na Juliana. Jak widać ludzie z wyższym wykształceniem nie zawsze posiadają światłe poglądy. Osobiście nie wierzę w czarownice.

– Wyszła wioska z człowieka – skomentowała kiedyś Anuncjata. Kontempluję widok: kobieta delikatnie odgarnia pukiel włosów i podaje dziecku butelkę ze sztucznym mlekiem.

– Wypił sto dwadzieścia mililitrów – mówi potem i kładzie Julka na ramieniu, żeby odbeknął. Przez chwilę mam wrażenie, że z ust kobiety delikatnie wygląda rozdwojony język jak u węża. Anuncjata podnosi wzrok i spotykam czarne spojrzenie.

– Nalać ci wina? – pytam.

– Przecież wiesz, że nie piję.

– Ale dziś zrobisz wyjątek, prawda?

– Pół lampki – oznajmia.

Julian głośno beka sygnalizując gotowość do leżenia – nie zwróci już mleka. Idę do salonu i siadam na kanapie-narożniku. Nalewam czerwonego wina domowej roboty do dwóch lampek zapełniając jedną trzecią wysokości, jak przystało na konesera i intelektualistę i ciągnę potężny łyk, po czym dolewam sobie jeszcze raz. Na tacy spoczywają resztki pieczonego królika, a w zasadzie dosyć potwornie wyglądająca głowa z mlecznobiałymi oczkami i wielkimi siekaczami. Posyłam demonicznemu królikowi lekki uśmiech.

Gdy Anuncjata wkracza do pokoju, kobieta starsza ode mnie dziesięć lat, czuję błogość i roję, iż jestem Salvadorem Dali spoglądającym oto na muzę, Galę. Co alkohol robi z człowiekiem!

Wzrokiem niczym językiem węża macam powłóczystą, cynobrową suknię podkreślającą szerokie biodra i wąską talię. Kobieta z wdziękiem siada obok. Zatrzymuję spojrzenie pośrodku trójkątnego dekoltu, pomiędzy piersiami, na połyskującym mętnie agacie we wszystkich odcieniach niebieskiego z białym słojem pośrodku.

Odwracam głowę, by spojrzeć raz jeszcze na reprodukcję ulubionego obrazu mistrza z Katalonii znanego potocznie pod nazwą „miękkie zegary”. Nabijam na wykałaczkę kawałek sera pleśniowego, przeżuwam, piję łyk wina i patrzę w bok: po wznoszącej spirali ku zgubie zmierza ćma, wyrzutek oceanu niepogody przy wyspie śmierci. Nim jednak ćma zdoła spłonąć, następuje coś nietypowego… Ba! Wręcz bardzo dziwnego! Długi, wężowy język uderza przez przestrzeń niczym bicz i zabiera ćmę! Opuszczam wzrok, a kobieta szczerzy zęby w uśmiechu niczym surrealistyczny koń! Czekam aż zarży, co jednak nie następuje, a w zamian zachodzi coś innego: zauważam ruch i spoglądam na stół, marszcząc brwi. Ćma pląsa wewnątrz pustego kieliszka Anuncjaty. Skrzydełka owada oblepione resztką wina straciły sprawność! Kobieta, niczym w zwolnionym tempie, chwyta butelkę i wlewa resztkę trunku do kieliszka. Podnosi naczynie do ust i wypija duszkiem zawartość włącznie z pijanym motylem nocnym.

– Zalałaś robaka – mówię i parskam śmiechem, a kobieta oblizuje usta rozdwojonym językiem i rozchyla delikatnie dekolt z lewej strony, ukazując pierś niczym w intymizmie. W delikatnym erotyzmie nie byłoby nic dziwnego czy surrealistycznego (sic!), gdyby nie fakt, że zamiast brodawki dostrzegam łuski w zielonym kolorze. Połykam ślinę, jakbym połykał wielki kawał jabłka – głośno – i martwieję z ręką wysuniętą w kierunku piersi. Mrugam. Łuska, łuska.

Anuncjata zaczyna pożerać głowę królika: otwiera usta tak bardzo, że w zasadzie odgryza od razu pół czerepu, po czym głośno beka. Stwierdzam, że nie ma już wina i wstaję, lecz kobieta mówi: „siedź” i mocnym ruchem sadza mnie z powrotem na kanapie. Pokazuje drugą pierś, również z łuską.

– Potrzebuję prawdziwego pocałunku miłości, żeby zniknął czar – wyznaje i reszta króliczej głowy znika w jamie ustnej. Głośne beknięcie oznacza chyba, że żmija czuje sytość.

– Anuncjata… – mówię. – Nicość… seks…

– To wszystko, co masz do powiedzenia? Opiekuję się TWOIM dzieckiem, pomagam, a ty nie potrafisz mnie pocałować? Zresztą… bez miłości… i tak nic by to nie dało.

– TO… nie dzieje się naprawdę, TY… nie istniejesz!

– Lubisz seks? Dam ci więc, co lubisz – mówi i przez głowę zdejmuje sukienkę.

Idealnie gadzie nogi i stopy uzbrojone w pazury oznaczają, że czarownice istnieją naprawdę. Jak mogłem tego nie zauważyć? A może przemiana następuje powoli?

– Nie… to znaczy tak… chcę… ale nie mogę… kocham wciąż narzeczoną…

– Dorota nie żyje, durniu – mówi i wyciąga szponiastą rękę, aby mnie dotknąć. Całe ciało kobiety zaczyna pokrywać zielona łuska, aż wreszcie Anuncjata przybiera postać zielonego, wielkiego węża.

– Ujeżdżaj węża! – wołam i łapię nóż kuchenny, lecz nim daję radę wykonać jakikolwiek ruch, gad uderza prosto w moją twarz: ostre jak igła ząbki chwytają policzek i wyrywają kawał mięsa. Upuszczam “oręż” i odskakuję z krzykiem, przewracając stół. Biegnę do pokoju Julka i wskakuję na łóżko.

– Cholera, powinienem zamknąć drzwi.

Skaczę gotowy przekręcić klucz, lecz gadzina już tu jest. Łeb, a potem cała reszta wpełza do pomieszczenia i zmierza w kierunku łóżeczka. Stoję niczym zamurowany, trzymając klamkę: chyba zbyt długo patrzyłem w wężowe oczy!

Pyton albo anakonda, w każdym razie wielki gad, spokojnie wciska łeb pomiędzy szczebelki i wpełza do łóżeczka metr za metrem, aż ze splotów kolosalnego ciała tworzy dookoła dziecka coś w rodzaju kokonu, unosi łeb, otwiera paszczę i niespiesznie acz konsekwentnie połyka śpiącego chłopca.

Nie mija więcej niż kilka minut, gdy zwierzę zaczyna drgać i trzaskać ogonem. Zmienia kształt: zyskuje na grubości, a traci długość. Niedługo już zielona łuska przybiera formę delikatnej, jasnej skóry kobiety. Patrzę na wszystko w biernym przerażeniu, niczym słup soli.

Wewnątrz łóżeczka śpi spokojnie demoniczna kobieta z nogami podciągniętymi pod wielki, ciążowy brzuch. Wtedy tracę przytomność.

***

Otwieram oczy: siedzę na podłodze salonu oparty o narożnik, a obok leży przewrócona ława. Prawą dłoń pokrywa zaschnięta krew. Policzek a raczej strzępy skóry z prawej strony twarzy pieką. Po podłodze walają się resztki kolacji – SYF. Czuję migrenę potęgowaną mocnym światłem dnia. Silny ból zaczyna wypełniać resztę ciała i w przeciągu kilku tyknięć wskazówki sekundowej wszystkie członki mego jestestwa autentycznie cierpią. Zimny dreszcz biegnie od czaszki aż do stóp i mam ochotę wyskoczyć przez okno.

Spoglądam na zegar: mrówki sekund postanowiły odpełznąć. Marszczę brwi, lecz cyferblat pozostaje płynny. Utknąłem więc na wyspie bezczasowości. Próbuję wstać, naprawdę. Teraz pełznę, niczym wąż, niczym pożałowania godna istota, którą w zasadzie jestem, w kierunku pokoju synka.

– Gdzie jest Anuncjata? – mówię cicho, a w zasadzie bełkoczę. – Obiecała pomóc.

Salon robi wrażenie przestronnego, wręcz gargantuicznie wielkiego i zanim docieram do pokoju Juliana mija chyba kwadrans, może dwa – albo prawie wieczność. Mam wrażenie, że jestem nie większy od żmii. Popycham drzwi i wpełzam do pokoju synka. Wreszcie. Na podłodze leży wyrwana tralka. Podpełzam do łóżeczka i zaglądam do środka: w zawiniątku coś tkwi, lecz z pewnością nie mój syn, nie CZŁOWIEK. Chwytam krawędź łóżeczka i wstaję. Rozwijam pieluszki i włosy stają dęba na głowie: wielkie, czerwone jajo tkwi pośrodku materaca.

Wybiegam z pokoju, chcę uciec jak najdalej.

– Kurwa – jęczę mknąc w dół schodów. Stopa łapie poślizg i lecę w dół, rąbiąc głową o podłogę. Nastaje ciemność.

***

Anuncjata, odziana w różową sukienkę, pomaga mi stanąć na nogi. Tkwimy teraz u podstawy schodów, na dole klatki schodowej. Za oknami pociemniało, upał już tak nie doskwiera. Deszczyk wpuścił delikatne, chłodne przeciągi.

– Zemdlałeś – mówi kobieta i podaje butelkę czerwonego wina. – Dobrze ci zrobi.

Oblizuje pełne, różane usta wężowym językiem: nawet gdyby nie język, jak u jaszczurki, twarz ma diabolicznej urody, w stylu Emmanuelle Seigner.

Łapię butelkę i zaczynam pić duszkiem. Piję szybko, a część kropelek mocy cieknie po rozdartym policzku i czuję szczypanie. Ocieram usta i odrzucam pustą butelkę. Szkło idzie w drobny mak.

– Lepiej?

– Chodźmy na górę, do syna – mówię.

– Do syna? Nie znamy jeszcze płci, ale czarna magia podpowiada mi, że faktycznie, znowu zostaniesz ojcem chłopca.

– Jestem najszczęśliwszym człowiekiem świata – mówię, obejmuję ukochaną i ruszamy schodami ku górze, na spotkanie świetlanej przyszłości.

Gdy nachylam głowę nad łóżeczkiem spostrzegam, że jajo zaczyna drgać, a potem pęka, ze szczelin buchają kłęby pary. Kilka mocnych uderzeń i „dziecko” jest na zewnątrz.

– To waran – mówi uśmiechnięta od ucha do ucha Anuncjata.

– Jest doskonały – kwituję, odwracam kobietę ku sobie i mocno całuję: czuję rozdwojony język pełznący w dół gardła.

– A więc czar znikł – oznajmiam, gdy dłuuugi i namiętny pocałunek dobiega końca.

Ciało kobiety zaczynają pokrywać łuski, a następnie przychodzi zmiana kształtu: tak oto w pokoju wyrasta trzymetrowy waran z Komodo w zasadzie wypełniając pomieszczenie. Mocne szczęki łapią moją rękę. Próbuję uciec, lecz na darmo. Miłość trwa faktycznie po deskę grobową, dziwna miłość dwóch gatunków. Jaszczur pożera moje ramię. Padam na kolana. Razem z krwią życie opuszcza ciało.

– Kocham cię – szepczę i nastaje nicość.

***

– Delirium tremens. – Słyszę męski głos. – Dokonał pan wielu samookaleczeń i posiedzi tu jeszcze jakiś czas.

– Jesteś bogiem? Tak… na pewno… bo skoro istnieją demony, musi istnieć bóg – mówię zdyszany, jak ogar po polowaniu. – Gdzie jest mój syn?

Wciąż nie mogę otworzyć oczu.

– Syn? Podobno jest pan kawalerem. Postanowił pan odstawić alkohol. Bardzo zły pomysł. Tego nie można zrobić gwałtownie. Anuncjata powiedziała, że nie chciał pan umierać w samotności… rozumiem to.

– Jesteś bogiem?

– Jestem tylko lekarzem. Ma pan gościa.

Słyszę kroki i skrzypnięcie drzwi. Z trudem, z wielkim mozołem, usiłuję podnieść półtonowe powieki. Najpierw przez milimetrową szparę dostrzegam oślepiającą światłość, potem wzrok przywyka. Mogę wreszcie zobaczyć wysokie i podłużne pomieszczenie z kratami w oknie. Zajmuję jedno z sześciu łóżek, pozostałe są puste. Napisy i zdjęcia pokrywają duży fragment jednej z białych ścian.

Z korytarza dobiegają odgłosy rozmowy lekarza i Anuncjaty.

Naścienny, okrągły zegar tyka: minęło południe.

Na krawędzi łóżka siada kobieta ubrana na czarno i poprawia karminową czuprynę.

– Spokojnie, wszystko będzie dobrze – mówi i oblizuje pełne usta rozdwojonym językiem. – To był mój pierwszy raz, kiedy coś poczułam, bo wiesz, węże nie mają osobowości. Zapłodniłeś mnie. Kocham cię, odkąd zacząłeś spotykać moją siostrę.

Nastaje chwila pełna napięcia w zasadzie mogąca być nieskończonością.

– Pan psychiatra mówi, że półroczne wczasy od życia dobrze ci zrobią. Będę cię odwiedzać.

– Zabiłaś. Mojego. Syna – cedzę słowa i łapię oddech. – Zabiłaś syna, swoją siostrę, a moją narzeczoną, najpewniej otrułaś, wykorzystałaś moją spermę, a więc i mnie, a teraz już mnie nie potrzebujesz, więc zamykasz mnie w szpitalu! Jesteś EGOISTKĄ i diablicą!

Anuncjata zapala papierosa, mocno się zaciąga, co uwydatnia i tak już spore piersi i intonuje:

– Potrzebujesz leczenia.

Kobieta wydycha sporych rozmiarów szarą chmurę.

– Pomyśl o czymś innym, o czymś radosnym.

Spoglądam na zegar. Znowu. Wskazówki i cyfry zniknęły. Teraz po białej tarczy biegają czarne mrówki zanosząc sekundy do spiżarni nieskończoności. Chyba umieram.

– A może będę z tobą szczera?

Znów wciąga dym.

– Jesteś kłamliwą suką.

– Jestech Lilith, pani czerwonych ogrodów rozkoszy i nic mnie nie obchodzą bolączki takiego mizernego kutasa, jakim jesteś! Mann ohne Eigenschaften. Ja, jesteś człowiekiem bez właściwości.

Anuncjata ciska peta na podłogę, wychodzi i znowu słyszę rozmowę na korytarzu, ale nie rozumiem słów. Czuję napływającą do wszystkich komórek ciała wściekłość. Zamykam załzawione oczy.

– Nigdy już nie będę szczęśliwy – konstatuję.

Chcę podrapać policzek, ale prawą rękę mam zabandażowaną, a lewą przywiązaną do poręczy łóżka. Widać próbowałem zrywać bandaże albo “samookaleczać się”. Albo bóg i diabeł istnieją naprawdę. Czym w takim razie jest szaleństwo?

Słyszę przekręcany w zamku klucz. Za oknem wzmaga się wicher i wraz ze świstem niesie szept:

– Witaj w piekle.

Salvador Dali powiedział kiedyś, że jedyna rzecz, jaka odróżnia go od szaleńca, to fakt, że nie jest szalony.

– Gdyby tylko był tu Salvador Dali – wzdycham.

– Doprawdy? – burczy mężczyzna odziany w czarnobiały garnitur, siedzący na łóżku po drugiej stronie pokoju. Uderza laską w podłogę, rusza wąsikiem i wstaje. Dostojnym krokiem idzie ku mnie. Zaczyna rozplątywać pętający mnie kaftan bezpieczeństwa.

– Jak się wydostanę? Zamknęli drzwi na klucz!

– MOJA METODA PARANOICZNO-KRYTYCZNA POMOŻE!

Mistrz z Katalonii podchodzi do okna i dotyka laską krat: metalowe pręty miękną i obwisają. Moja prawa ręka odzyskała sprawność i zdejmuję bandaże! To cud!

Bez trudu otwieram okno i po rynnie zaczynam schodzić w dół, na ulicę.

***

Do pomieszczenia wchodzi mężczyzna w białym kitlu.

Gdy zagląda do łóżka należącego wcześniej do mnie, zaczyna wrzeszczeć: na prześcieradle, zwinięty, spoczywa wielki wąż, dusiciel. Pionowa źrenica otoczona płomieniem tęczówki łypie badawczo na doktora.

Słyszę krzyk aż na drugim końcu ulicy.

Idę prosto przed siebie w nieznaną przyszłość. Mijam szarych ludzi. Postanawiam rozpocząć nowe życie, bez starych nałogów, narowów i przyzwyczajeń. Wszyscy, którzy mieli dla mnie znaczenie, umarli. Niebo w szarości payne’a pohukuje złowróżbnie.

pixabay.com

– God is or not, but religion is needed anyway – Annunciata clad in a blue dress utters a tautology only for my left ear.

Out of the corner of my eye, I see the woman straightening a storm of wavy carmine shoulder-length hair.

The priest stretches out a clawed hand, makes the sign of the cross on his son’s forehead and whispers magic spells in a soft voice.

Baptism of water, baptism of fire – I think.

Apart from these few details, I remember the ritual very vaguely, and that’s because I like alcohol. I thought that such a thing did not happen to a man with a secondary education, to a man from a good home, and also to a man. The guys don’t cry.

When the priest held out a clawed, or in fact a thin and wiry hand, I felt that I did not want a son. Well, I was in. So I started to abuse the power droplets even more whenever the opportunity came. And also without the occasion.

***

Steel hoots ominously on the horizon.

Anunciata is now looking out the window and is trying to film the night storm to post the video on Instagram. He comes up and shows the screen of his cell phone: in fact, in the looped fragment, you can see a few flashes of lightning extracting the blue from the blackness above Katowice housing estates. So I already know that „only moments are beautiful in life” and that everything idyllic must last for a short time, like a flash of a night lightning.

Annunciata turns off the electric lights in the living room and lights the slender white candles: with a match, they touch five wicks one by one, until a gilded candelabrum made of antlers begins to cast a complete web of quivering chiaroscuro. Now we’re in the twilight.

– You have beautiful hands – I say.

– And an anachronistic life. – The woman sighs and I want to say romantic or hug a delicate body, but Julian cried again. I go to the cot in the next room and squeeze the diaper: it’s hard, or pissed. It’s time to rewind, and a dark thought is running through my head like lightning: I recently saw a movie about a serial killer from Ukraine killing whole families, just choking babies. My son already weighs six kilos: in three months he gained one hundred percent more body weight, and if I were normal, I would feel joy.

– I only feel emptiness – I say, and my son smiles at me, looking straight in the eyes.

I change the boy and it’s time to feed him: Annunciata picks up the baby because she is afraid of choking. He doesn’t let me feed yet. Another candle is burning here – blue, single – bringing out from the darkness in an unobtrusive way the shapes of the bed, oak wardrobe, chest of drawers, cots, orchids and, of course, the feeding Anuncio. The woman’s face is an image that is both dark and beautiful.

The fiancée, the mother of the child, died in childbirth: the aortic aneurysm ruptured, close to the heart, and the Annunciata, her sister, says she wants me.

When she was alive, the fiancée hated her older sister and considered her a witch because of not very good memories of her childhood, when argued over the alcoholic father, instigated by her mother, they constantly made themselves angry. The fiancée wanted to keep the child away from the Annunciade, on the grounds that she would cast an evil spell on Julian. As you can see, people with higher education do not always hold enlightened views. Personally, I don’t believe in witches.

– The village has gone out of man – commented the Anunciata once. I contemplate the view: the woman gently pushes a lock of hair back and hands the baby a bottle of artificial milk.

– He drank one hundred and twenty milliliters – he says afterward, and puts Julka on his shoulder to make him counter. For a moment I have the impression that the woman’s mouth looks like a split tongue, like a snake’s. The Anunciata looks up and I meet a black gaze.

– Can I get you some wine? – I ask.

– You know I don’t drink.

– But today you will make an exception, right?

– Half a lamp – she announces.

Julian belches loudly to indicate that he is ready to lie down – he will not return the milk. I go to the living room and sit on the corner sofa. I pour home-made red wine into two glasses, filling one-third of the height, as befits a connoisseur and intellectual, and take a long sip, then pour myself one more time. On the tray there are the remains of a roasted rabbit, a rather monstrous looking head with milky white eyes and huge incisors. I give the demon rabbit a slight smile.

As Anunciata enters the room, a woman ten years older than I am, I feel blissful and swallow to be Salvador Dali looking here at the muse, Gala. What does alcohol do to a person!

With my eyesight like a snake’s tongue, I feel the trailing vermillion gown that accentuates her wide hips and narrow waist. The woman sits down gracefully. I stop my gaze in the center of the triangular neckline, between the breasts, on a shimmering cloudy agate in all shades of blue with a white grain in the center.
I turn my head to look once more at the reproduction of the favorite painting by a master from Catalonia known colloquially as „soft clocks”. I stick a piece of blue cheese on a toothpick, chew, drink a sip of wine, and look to the side: a moth, an outcast of an ocean of bad weather at the island of death, is going down an ascending spiral to death. But before the moth is able to burn, something unusual follows … Ba! Quite a wonder indeed! A long, serpentine tongue hits like a whip through space and takes the moth away! I look down and the woman grins like a surreal horse! I wait for it to scald, which does not happen, and instead something else happens: I notice movement and look down at the table, frowning. A moth is dancing inside the empty glass of Anunciata. The insect’s wings stuck with remnants of wine have lost their efficiency! The woman, like in slow motion, grabs the bottle and pours the rest of the drink into a glass. He lifts the vessel to his mouth and gulps down the contents, including the drunken night butterfly.

– You flooded the worm – I say, and I snort a laugh as the woman licks her lips with a split tongue and gently opens her neckline on the left side, revealing her breast as if in intimacy. There would be nothing strange or surreal (sic!) In the delicate eroticism, if not for the fact that instead of a nipple I see green scales. I swallow as if I were swallowing a large chunk of apple – loudly – and worry with my hand pointing towards my chest. I blink. Husk, husk.

Anunciata begins to devour the rabbit’s head: she opens her mouth so much that she basically bites off half the skull at once, then burps loudly. I find the wine is gone and I get up, but the woman says „sit down” and with a strong movement she places me back on the couch. It shows the other breast, also with a husk.

– I need a real kiss of love to make the spell disappear – she confesses, and the rest of the rabbit’s head disappears in her mouth. A loud belch probably means that the adder is feeling full.

– Annunciata … – I say. – Nothing … sex …

– That’s all you have to say? I look after YOUR baby, I help and you can’t kiss me? Anyway … without love … it would have been useless anyway.

– THIS… isn’t happening, YOU… don’t exist!

– Do you like sex? So I’ll give you what you like – she says and takes off her dress over her head.

Perfectly reptilian legs and feet armed with claws mean that witches really exist. How could I not notice it? Or is the transformation taking place slowly?

– No … I mean yes … I want … but I can’t … still love my fiancée …

– Dorothy is dead, you idiot,” she says, and holds out her taloned hand to touch me. The entire body of the woman begins to be covered with green scales, and finally the Anunciata takes the form of a large green serpent.

– Ride the snake! – I call and grab the kitchen knife, but before I can make any movement, the reptile hits my face: needle-sharp cloves grab my cheek and tear off a piece of meat. I drop the „weapon” and jump back, screaming, knocking the table over. I run to Julek’s room and jump on the bed.

Shit, I should close the door.

I jump ready to turn the key, but the reptile is already here. Head, then all the rest crawl into the room and head towards the crib. I stand walled up, holding the doorknob: I must have looked into snake eyes too long!

A python or anaconda, at least a large reptile, calmly presses its head between the rungs and crawls into the bed meter by meter, until it forms a cocoon around the baby from the tangles of the colossal body, lifts its head, opens its mouth and slowly but consistently swallows the sleeping boy.

It takes no more than a few minutes for the animal to twitch and flap its tail. It changes shape: it grows thick and loses length. Soon the green scales take the form of a delicate, light skin of a woman. I look at everything in passive terror, like a pillar of salt.

Inside the crib, a demonic woman is sleeping peacefully with her legs tucked under a large pregnancy belly. Then I pass out.

***

I open my eyes: I’m sitting on the living room floor, leaning against a corner, and an overturned bench next to it. Dry blood covers the right hand. The cheek, or rather the scraps of skin on the right side of the face, stings. Leftover supper scattered on the floor – MESS. I feel a migraine compounded by the strong daylight. Strong pain begins to fill the rest of my body, and within a few ticks of the second hand all members of my being genuinely suffer. A chill runs from my skull to my feet and I feel like jumping out the window.

I look at the clock: the seconds ants have decided to crawl away. I frown, but the dial stays liquid. So I was stuck on the island of timelessness. I’m trying to get up, really. Now I crawl, like a snake, like the pitiful creature that I am, towards my son’s room.

– Where is Anunciata? – I say quietly, basically gibbering. – She promised to help.
The living room gives the impression of being spacious, even gargantuanly large, and it must be a quarter, maybe two – or almost eternity by the time I reach Julian’s room. I have the impression that I am no bigger than a viper. I push the door open and crawl into my son’s room. Finally. A baluster is torn out on the floor. I crawl over to the crib and look inside: there is something in the bundle, but certainly not my son, not a HUMAN. I grab the edge of the crib and stand up. I roll out the nappies and my hair is on end: a huge red egg is stuck in the center of the mattress.

I run out of the room, I want to run as far as possible.

– Fuck – I groan as I race down the stairs. My foot catches a skid and I fly down, hitting my head against the floor. Darkness sets in.

***

Anunciata, clad in a pink dress, helps me to my feet. We are now stuck at the base of the stairs, at the bottom of the staircase. It got darker outside the windows, the heat doesn’t bother you that much anymore. The shower let in gentle, cool drafts.

– You passed out – the woman says, handing a bottle of red wine. – It will do you good.

He licks his full, rose-colored mouth with a serpent’s tongue: even if it weren’t for a lizard-like tongue, the face is of diabolical beauty, in the style of Emmanuelle Seigner.

I grab the bottle and start gulping down. I drink fast, some power droplets trickling down my torn cheek and I feel a pinch. I wipe my mouth and throw the empty bottle away. Glass goes fine.

– Better?

– Let’s go upstairs to our son – I say.

– To my son? We don’t know the gender yet, but the magic tells me that in fact, you’ll be the boy’s father again.

– I am the happiest man in the world – I say, I embrace my beloved and we move up the stairs, to meet the bright future.

As I bend my head over the crib, I see the egg begin to twitch and then crack, steam blows from the cracks. A few hard hits and the „baby” is outside.

– It’s a dragon – says the Annunciade, smiling from ear to ear.

– He’s perfect – I sign, turn the woman towards me and kiss me hard: I feel a split tongue crawling down my throat.

– So the spell is gone – I announce when the looong and passionate kiss ends.

The female body begins to be covered with scales, and then a change of shape comes: this is how a three-meter Komodo dragon grows in the room, basically filling the room. Strong jaws catch my hand. I am trying to escape but for nothing. Love actually lasts to the grave, a strange love of two species. The lizard is eating my arm. I get down on my knees. Together with the blood, life leaves the body.

– I love you – I whisper and nothingness comes.

***

– Delirium tremens. – I hear a man’s voice. – You’ve done a lot of self-mutilation and will stay here for a while longer.”

– Are you a god? Yes… for sure… because if there are demons, there must be a god – I say breathless, like a hound after a hunt. – Where’s my son?

I still can’t open my eyes.

– Son? They say you’re a bachelor. You decided to give up the alcohol. A very bad idea. This cannot be done violently. Anunciata said you didn’t want to die alone… I understand that.

– Are you a god?

– I’m just a doctor. You have a visitor.

I hear footsteps and a creak of a door. With difficulty, with great labor, I try to lift my half-toned eyelids. First, through a millimeter gap, I notice a blinding light, then my eyes grow accustomed. I can finally see a tall and oblong room with bars in the window. I occupy one of the six beds, the others are empty. The inscriptions and photos cover a large fragment of one of the white walls.

From the corridor you can hear the doctor and the Annunciata talking.

The wall-mounted round clock is ticking: it is past noon.

A woman in black sits on the edge of the bed and straightens her carmine hair.

– Relax, everything will be fine – she says, licking her full lips with her split tongue. – It was my first time feeling something, because you know, snakes don’t have personality. You got me pregnant. I love you since you started dating my sister.

A tense moment comes, which could in principle be infinite.

– The psychiatrist says that a six-month vacation from life will do you good. I will visit you.

– You killed. Mine. Son – I draw my words and catch my breath. – You killed your son, your sister, and my fiancée, you probably poisoned, you used my sperm, and therefore me, and now you don’t need me, so you put me in the hospital! You are an EGOIST and a devil!

Annunciata lights a cigarette, takes a deep puff, which highlights the already large breasts and chants:

– You need treatment.

The woman exhales a large gray cloud.

– Think about something else, something joyful.

I look at the clock. Again. The hands and numbers are gone. Now black ants are running along the white shield, taking seconds to the pantry of infinity. I think I’m dying.

– Maybe I’ll be honest with you?

He sucks in smoke again.

– You’re a lying bitch.

– I am Lilith, lady of the Red Gardens of Pleasure, and I don’t care about the pains of such a puny dick as you are! Mann ohne Eigenschaften. I, you are a human without qualities.
The Anunciata throws a cigarette butt on the floor, leaves, and I hear another conversation in the corridor, but I don’t understand the words. I can feel the rage pouring into every cell of my body. I close my teary eyes.

– I’ll never be happy again – I conclude.

I want to scratch my cheek, but my right arm is bandaged and my left arm is tied to the bed rail. Apparently I tried to rip off the bandages or „self-harm”. Either god and the devil are real. So what is madness?

I hear a key turn in the lock. Outside the window the wind grows stronger and carries a whisper with the whistling:

– Welcome to Hell.

Salvador Dali once said that the only thing that sets him apart from a madman is that he is not crazy.

– If only Salvador Dali were here – I sigh.

– Really? – The man in a black and white suit grumbles, sitting on the bed on the other side of the room. He bangs the cane on the floor, moves his mustache and stands up. He walks stately towards me. She begins to untangle my straitjacket.

– How will I get out? They locked the door!

– MY PARANO CRITICAL METHOD WILL HELP!

A master from Catalonia goes to the window and touches the bars with the bars: the metal bars soften and sag. My right arm is functional again and I’m taking off the bandages! It’s a miracle!

I easily open the window and start walking down the gutter to the street.

***

A man in a white coat enters the room.

When he looks into my bed, he begins to scream: on the sheet, coiled up, rests a great snake, a constrictor. The vertical pupil, surrounded by the iris flame, glares at the doctor.

I hear a scream all the way across the street.

I am walking straight ahead into the unknown future. I pass gray people. I decide to start a new life, without old addictions, vices and habits. Everyone who mattered to me has died. The sky in payne gray hoots ominously.

Opublikowane przez skowron pisze / skowron writes

małą cząstka mnie / little part of me

54 myśli w temacie “22. Anuncjata (zapiski intymne Daiusza K. / intimate notes of Darius K. )

  1. It sounds like a dream : )

    „He raises the dish to his mouth and drinks the sprites, including the drunken night butterfly.”
    Whether the interpretation was incorrect in using the word sprites instead of spirits, or not, I suppose either word could apply here. That is a neat spot. Poor moth : ) I like that term, night butterfly.
    My phone actually gives to me the option to read a blog in my own language, I don’t have to translate individual sentences, so that’s cool.
    That is an absolutely beautiful snake in that photo.

    Polubione przez 3 ludzi

    1. Thank You for commenting 🙂
      I’m thinking about releasing a book and wonder if the e readers would translate it like Your cellphone 🙂
      Mmmmm… Now I’m starting to like reptiles much more 🙂
      Onse I dreamed about having a snake – teenage dream 😛
      Now I have aquarium with fish.
      Maybe I’ll come up with some more reptillian stories 🙃

      Lizardry like wizardry? 🙃

      Polubione przez 2 ludzi

      1. I’m not sure how easily translatable e-books are, and if the ease varies by the device used. I hope you find the information you seek regarding that matter & wish you well in that endeavor. Aside from blogs & research I need to do, I read paper books in my library.
        I am so happy to know you are appreciating reptiles more! Glad we could help : ) Fish are beautiful & calming to watch. I think they have feelings too. Although I appreciate wizardry, the ‚lizardry’ used in my quote is a twist on a quote stated to be spoken by Patrick Henry within a speech in 1775, in short, regarding the oppression by Great Britain’s rulers at that time.: „… Give me liberty or give me death!” (Something, perhaps, we should be declaring to our current establishments).
        Thank you for your support & kind comments.

        Polubione przez 1 osoba

  2. Witaj w piekle swojej wyobraźni.
    Gratulacje, czytałam tekst na jednym wydechu, szczególnie półtonowe powieki przykuły moją uwagę i te stany podświadomości, nietrzeźwości… Dramat uzależnionego… Za to ostatnie zdania dają ostrożną nadzieję, że być może nastąpi zmiana…
    Serdeczności zasyłam

    Polubione przez 2 ludzi

      1. Zaiste, święta racja! Tylko z tego, co widzę, słyszę i czuję, o ten potrzebny rodzaj spokoju ( nie mylić z nudą!) jest dziś bardzo trudno. Może uspakaja samo poszukiwanie? Może nie demonizować celów? Może zawierzyć komuś?

        Polubione przez 1 osoba

  3. Jeszcze raz przeczytałam i doszłam do pewnego wniosku. Alkoholizm. Na każdą osobę, która ostatnio poznaję boryka się z tym problemem, tak pośrednio. Dlaczego pośrednio. Bo myślę o alkoholiźmie naszych rodziców. Oni borykają się z chorobą, nieraz nieświadomie. A my dzieci rodzica alkoholika borykamy się z takimi traumami, że chyba sama napiszę coś na ten temat w kolejnej swojej książce… Ta historia mi to umysłowiła.

    Polubione przez 1 osoba

  4. A oni tak tylko po alkoholu czy może jeszcze jakieś dopalacze dla wzmocnienia wizji? Obawiam się, że w tym stadium nie ma już nadziei na „normalność” bohaterów, choć z drugiej strony „normalność” jest nudna, przewidywalna i źle się sprzedaje… 😀 Piotrek, nie jestem specjalistką.ale wydaje mi się, że jeśli fragment tytułujesz „zapiski intymne Dariusza” to powinien być on napisany w pierwszej osobie w formie pamiętnika czy dziennika przeznaczonego wyłącznie dla siebie. Kto w pamiętniku/dzienniku pisze w czasie teraźniejszym? Z reguły relacje pisane są w przeszłym dokonanym, bo nie spisujemy swych wrażeń w trakcie ich trwania. W memuarach o swej bliskiej osobie nie wyraża się per „moja narzeczona” tylko posługuje się inicjałem, zdrobnieniem? Moim zdaniem forma, którą zastosowałeś odbiera nieco autentyczności „zapiskom” 😦 Ale to drobiazgi… Czyta się dobrze 🙂

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: