Biomechanikon

Jestem Osiem F, biomechanoid, biomechanikon. A wy, kim jesteście i kto was tu umieścił? Ciekawe co sądzicie o miejscu, które nazywam Idyllą. Jest w tym szczypta ironii, no nie? Długo sądziłem, że utknąłem w piekle, ale to rzeczywistość. Marsz robotów… wiele maszyn i półmaszyn wędruje przemierzając krainę w poszukiwaniu źródeł energii, mnie udało sie oszukać zegar biomechaniczny i mogę nieco poczekać, będę do was mówił, bo nawet rośliny rosną szybciej kiedy się do nich mówi. Tak, widziałem kiedyś roślinę, dokładniej kwiat. Wiem o roślinach z ksiąg starożytnych. Kto czyta, żyje ponoć podwójnie. Widzę wasze twarze, jesteście teraz elementami krajobrazu… szkoda. Kraina z połączenia ciała i metalu, dziwna to kombinacja… może opowiem o przemianie, dlaczego jestem teraz kim jestem. Bo kim tak naprawdę? Sądzę, że nie czym, ale osądzicie w sercach, tylko nie logiką, proszę… ona prowadzi do doskonałości, ale to mało w porównaniu z tym, do czego prowadzi wyobraźnia – do piękna. Widziałem kiedyś człowieka, to ciekawskie i ruchliwe istoty, pewien biomech powiedział, że też byłem człowiekiem. Jakoś nie chce mi się wierzyć. Co myślicie? Milczycie, nic nie szkodzi. Już mówię, co zaszło.

            Mam nadzieję, że nie męczy was sytuacja, bo nie macie zbyt wiele ruchu albo wcale… ulegałem przemianie bardzo długo, tak bardzo, że już nawet nie pamiętam początków, nikną w mgławicy pustki, chaosu, nieświadomości… To miejsce jest jak wysypisko śmieci, ciężko tu o perły. Ale kiedy potrafisz szukać, być może znajdziesz. Mam szczęście, bo odnalazłem was, moi mali mili. Wszystko tu brunatne, niebo popielate, pochmurne, wielka góra, której częścią jesteście… ciekawe ile serc posiada i od jakich stworzeń pochodzą? Nie, pewnie z laboratoriów. Dzielimy to miejsce, biomechanoidzi, z rasą zwaną Gerg, wykorzystują część nas jako strażników świątyń i twierdz, to tak zwani mechagwardziści. Wyrodne parchy! Nikt nie lubi tych, którym powodzi się za nadto, a zwłaszcza, gdy za cenę pałowania braci i sióstr… co do sióstr… rasa biomechów rozmnaża się na dwa sposoby, tradycyjnie, poprzez spółkowanie, ale możemy również duplikować, co bywa bolesne. To prawie jak pączkowanie u roślin… ale do rzeczy. Na czym to ja stanąłem? A no właśnie… Jestem dosyć dużą kreaturą, mam nieco kości, mięśni, żył, krwi, mózgu, ale też mnóstwo przewodów, masę kabli, światłowodów, zwojów, rur i tłoków; gdy chodzę trzęsę ziemią, a siłowniki w stawach jęczą. Nie jestem żadnym gigantem, ale kurduplem też nie, karłem. Skąd pochodzicie? Pewnie z Ziemi. Był tam brat Z Piętnaście, użył portalu i gotowe! Tak właśnie przynieśliśmy zagładę ludzkości, nie do końca celowo, ale no cóż… nie miejcie nam tego za złe, nie! My tylko potrzebowaliśmy surowców, a, że byliście bardziej prymitywni, to, no… zrobilibyście to samo na naszym miejscu, robiliście przecież tyle razy! Wiele! Sto, a może więcej… tak było z odkryciem Ameryki, biedni tubylcy niemal wyginęli! No cóż, nie musicie tego akceptować, ale długo byliście zwierzętami, a dzięki nam stajecie się powoli czymś więcej, innym, być może nawet lepszym… czy to, że będziecie tacy, jak ja, świadczy, że byłem człowiekiem? Nie wiem, czy to mocny dowód, ale jeśli tak… no cóż, koło się zamyka, to dosyć ciekawe, ciekawa myśl. Tak… Pogoda się psuje, idzie ulewa. Jak to mieliście w zwyczaju powiadać: kiedy nie ma o czym mówić, mówimy o pogodzie. Drogie dzieci, właśnie… Cieszy mnie wasza obecność, choć was moja pewnie nie tak bardzo…

            Nie wiem nawet, czy możecie widzieć, ale mam nadzieję, że choć słyszycie, bo słuch działa nawet we śnie… ewolucja, nie można zamknąć uszu tak, jak oczu, chyba, że dłońmi… ale wasze ręce… no cóż… lepiej skupiać uwagę na pozytywach, inaczej można dostać hopla. Niejeden brat biomech zwariował myśląc zbyt wiele, robiąc za mało… mnie jakoś to wychodzi, nie muszę wciąż się przemieszczać, osiągnąłem równowagę dzięki wam. Za to wam chwała! Śnicie, prawda? Dobrze zauważyłem? Kto was tak urządził? Tak nie wypada, nie godzi się, nie wolno… powiedziałbym Wielkim Konstruktorom, żeby was wyzwolili… ale chyba tak nie uczynię. Niech zwycięży najsilniejszy! Iluminatus wygrywa o łeb! Bestia wygrywa o łeb cały, paskudną głowiznę, wielką i oślizgłą, niczym łeb ryby o oczach jakby martwych, kukły czy lalki… wiecie, co mam na myśli?

            Niebawem powinniście poczuć się lepiej. Co do przemiany… jak widać taki los słabeuszy, bez silniejszej, drugiej połowy, bez siłownika i przekładni, zapadki i kołowrotka i łańcucha nic by nie było… Wielkie rzeczy! Inżynier Iluminatus ostatnio rozwiał wątpliwości bycia pół mechem i oto jestem! Ecce homomech! Nic co ludzkie nie jest mi obce. Wy, ludzie, mieliście wspaniałych filozofów, poznałem wszystkich, Sokratesa, Nietschego, Spinozę, Schopenhauera, Einsteina… Życie tutaj ma wiele zalet. Przede wszystkim czas, całe mnóstwo czasu do zagospodarowania… Jakimś cudem po ostatniej modyfikacji przez inżyniera i architekta, a rzeźbił me ciało odkąd pamiętam, zyskałem coś na kształt superświadomości. Teraz odbieram fale radiowe i to nie dzięki antenom, ale strukturze kresomózgowia! Mam trzy hipokampy! Zadziwiające, no nie? Wy, ludzie, macie jedynie dwa, to i tak wiele, w porównaniu z takim aligatorem, który ma jeden… czy mrówką, który to owad nie ma chyba wcale. A co do owadów… no właśnie, przemiana. Po niej pobieram energię wprost z otoczenia. Świadczy to o fakcie bycia coraz mocniej częścią otoczenia, środowiska, biomechanicznego krajobrazu. Bioniczność… Niespodziewane konsekwencje, ale przecież na tym polega ewolucja, na małych zmianach kierunku, a potem wuala! Jesteśmy w świecie równoległym! Mój poziom zaawansowania to pikuś w porównaniu z tym, czego dostąpił Tyberiusz, marszyna typu G siedem tysięcy. Doznaję tu prawdziwej spieszczoty… ale co to takiego, spytacie? Ukułem ten termin jako, że zasób słownika jest ograniczony. To wypadkowa wielu uczuć, ale na plan pierwszy wychodzą pieszczota i spiekota, spieczenie. To jakby obydwa te uczucia zmieszane przez bezecnika, którego nazywam Bogiem. Każe nurkować na samo dno oceanu katuszy, po czym podrywa mnie w górę, ku powierzchni, każąc odczuwać pełnię skutków choroby kesonowej! Nie lada wyzwanie! Ale przetrwałem test, zostałem uświadomiony, choć brutalnym gwałtem, ale najważniejsze, to jak to akceptuję, najważniejsze jest pytanie: czy było warto? Tak, każdy cal mięsa i obwodów we mnie mówi jedno wielkie TAK. Odzywa się głos wsobny i nadobny, łaknąc i pragnąc sprawiedliwości… dość! Wystarczy na dzisiaj, parszywa prawa półkulo artystów i filozofów! Zejdź na Ziemię, odzywa się głos! Nie ma mowy, zostaję tu, na planecie X, tylko dla dorosłych. Poszerzenia mózgu, dodatki i wkładki silikonowe gmerają wewnątrz mózgowia, czaszki jakby łopatką, czuję znów spieszczotę, to jak łaskotki w parze z trepanacją… o rety.

* * * * *

            Ale metamorfoza wciąż trwa i chociaż nie zaczynam przypominać motyla, mam dobry humor. Ale kogo obchodzi nastrój biomechanoida? Ta, oraz kilka niedogodności, podsumowując: emocje, na pewno zostaną usunięte podczas kolejnej operacji na otwartym mózgu i klatce piersiowej bez znieczulenia, a wszystko dzięki wielkiemu Iluminatusowi. Ave!

            Miejscami krajobraz przypomina krainę ze snu, góry i wzgórza, jaskinie i zielone rzeki kwasu są takie nierealne. Aż chciałoby się mieć całość na własność… lubię słowotwórstwo. Teraz coś wpadło do łba, z reguły podłego i pustego, a to jest zgoła inne, zacne, lepsze! Zaimki, zaimki, niedobrze! Muszę popracować nad stylem, ja, robot! A więc to słowo, słowo słówko i półsłówko to niemal jak całość, to raczej całość ciała, jakość, istnienie kreski… macie? Nie inaczej, a ciałość. Tak, nie ma żadnej innej rzeczy tak pięknej jak właśnie ona – ciałość. Łatwo zgadnąć, że to nie „od tak”, ale wpadłem na idee ciałości pod czyimś wpływem, zainspirowany czyimś ciałem.. ma na imię Nonaderma, ale skracam do Nony, bo małe cieszy. Jest taka piękna w tej swojej nietuzinkowości, małomiasteczkowej istocie szarej przepychu i dzwonów na młyn wody kościelnej… planujemy ślub, szkoda tylko, że nie otrzymamy sakramentu małżeństwa. Żona Nona. Jest piękna! Cudna! Spieszczota ciałością Nony: tak piękna i brzydka za razem, zimna i gorąca, mokra i sucha. Piekło i raj! Spinoza nie pochwaliłby tego związku, ani ja nie pochwalam, ale gdy widzę deformacje Nony, mroczna połowa z metalu bierze górę, zawsze mogłem jej zaufać… och, Nono!

            Ciałość pani biomechanoidy miażdży do podłoża… ubóstwiam jej brzuch! Ma delikatne, cztery oczy, czarne, jak u pająka… czekam z niecierpliwością aż złoży białe jajeczka wprost na głowę! Będę obnosił się z tym ja, wielkolud Iczi! Dziwożona… Ale ona wybiera inną drogę, jak widzicie – wybaczcie – jak słyszycie, bo mówię do was, rysuję niewidomym widokówkę infernalną, gwałci mnie, samica alfa, wielka i wszechwładna, potężna zdzira z piekła rodem! Przygniata do podłoża i zamiast złożyć na łbie kochanka jajka… składa je między żebra, do jamy brzusznej, a potem… o rety… odgryza łeb… jak modliszka, i znów te owady, ech… Iluminatusie, dopomóż biednemu błaznowi, klaunowi twojego szatańskiego cyrku! Dziwi mnie jedna rzecz, a mianowicie, że nie umarłem. Jak widać inwestycje w części i modyfikacje nie poszły na marne! Gdzie jest moja głowa? Ach, ona ją zjadła! Dziwka! Ale jak całuje! Istna koparka! Oddawaj mój łeb! Nie wiem czy mnie słyszy, bo przekaz teraz tylko drogą radiową. Ciałość… spieszczota. Kopnąłbym teraz kota! Jakiś wariat przywiózł z Ziemi całą chmarę żałosnych stworzeń, kotów i psów, ale wyzdychały, jakoś nie podszedł im klimat. Spada na przemian kwaśny i zasadowy deszcz, tutaj wszystko robi wrażenie stania na głowie.

            Iluminatusie, gdzie jesteś! A, przybywa, nareszcie! Mam ochotę go uściskać, ale bierze wysoką daninę za naprawę: gwałci bez względu na to, czy jesteś biomechem płci męskiej, czy żeńskiej, czy nijakiej, czy nawet bezpłciowcem. Znowu widzę, a wy nadal ślepi… drgacie, czuję to, być może otworzycie oczy, aby przejrzeć. Życzę z całego serca powodzenia, ale nie okłamujmy się, macie nikłe szanse na przetrwanie tutaj: przetrwa najsprawniejszy, to Darwin. Tamten dziwak od psów i kotów, nazwał pupila, właśnie psa, Darwin. Sam zabiłem stworzenie, nadepnąłem przypadkiem na ogon, a potem głowę… podniosłem stopę, patrzę, a tam posoka. Iluminatus nie pomógłby nawet, gdyby chciał, paskudnie to wyglądało. Przejdźmy się, to znaczy ja będę chodził, ale opowiem, co widzę. Tu, nieco dalej, za wzgórzem, jest fabryka, gdzie Gerg produkują broń masowego rażenia. Widziałem kiedyś, jak zrzucili cacko na gniazdo Kitlonów, niedaleko stąd, nie widziałem na oczy przez pół roku… Uznałem to za znak i nawróciłem się. Wy też powinniście, pozwólcie maluczkim wejść do mojego królestwa! Podłoże przypomina tutaj nieco wężowisko, serpentyny ciał i segmentowanych przewodów wiją się, splatają, rozłączają, pląsają i drgają, ruszają rytmicznie i chaotycznie. Nieco dalej widziałem jak Iluminatus przeprowadza eksperyment, nieudana próba. Biedak zmarł, krzyk umilkł bardzo szybko. Iluminatus znalazł na wysypisku niedaleko kilka kości, miednicę, czaszkę, piszczele i dwie, czy trzy kości przedramienia, a potem sklecił je naprędce łącząc z trupem Wężownicy (lokalna forma życia), dodał potem kilka części z tworzyw sztucznych, plastiku i metalu, ale nie dawałem wielkich szans istocie. Był to dosyć piękny twór, ot, improwizacja, tak Stwórca wykreował najlepsze ze swych dzieł, jestem chyba jednym z nich, ale ponosi czasami porażkę, mówię bez bicia.

            Iluminatus tworząc zdaje się na intuicję, tamte kości należały do ludzkich, ale wy śpijcie spokojnie, śpijcie i śnijcie, bo widzę, że wasz byt przetrwa, rokuję powodzenie, tak sądzę. Tym razem Rzeźbiarz zaczął delikatnie, chce was wybudzić, ażebyście mogli ujrzeć piękno i doskonałość, całość, a raczej ciałość stworzenia. Poznacie nowe znaczenia słów rozkosz i tortura, fantazja i przyjaźń, poznacie bratanie się z cieniem i jednoczesne oślepienie blaskiem, On używa jakoby mikroskopu i lunety jednocześnie, pokaże wam sfery niebieskie i zabije, używając do tego banana, słowem – poznacie spieszczotę. Przeszedłem to nie raz i nie dwa, to jakby inicjacja prowadząca dnem rynsztoka ku poznaniu, zrozumieniu, pieczęci mocy istnienia. Krwawa to pieczęć, przyznaję… ale bez tego, nie otwarlibyście nawet oczu… zaczyna padać, jeśli Iluminatus się nie pospieszy i nie da wam pancerza, jakiejś osłony, nie wszczepi białek odporności, kwas was zeżre. No, szybciej Władco Przeklętych! Ma wiele imion, jak zauważyliście, ale chyba tylko ja go tak nazywam… przywykł już do mnie, patrząc często z góry, ale jak widać, wiele razy schodzi do synów i córek, jest bardzo oddany dziełu. Wrócił, trzymajcie się mocno, bo guzik wcisnął już za was ktoś, dawno. Przyszliście na ten świat bez uświadomionego celu, ale ja wam ten cel pokażę, teraz, zaraz, już, tutaj, uważajcie…

* * * * *

            Ciekawostką są tu muchy, imigrantki z Ziemi. Mimo ciężkich warunków, nie jest tak znowu ciężko. Nie ma wojen, wszyscy wrogowie pokonani, wy, ludzie prawie nie istniejecie, to znaczy nie jak dawniej. Gdybyśmy przeszli jeszcze kawałek i minęli wzgórze po prawej, ujrzelibyśmy fabrykę homo: tak, już od dawna nie przychodzicie na świat zgodnie z naturą i tradycją, a tworzą was roboty. Wielki marsz istot na planecie X, tylko dla dorosłych. Iluminatus w swej nieprzeniknionej doskonałości dokonał dezintegracji części z was, zostałeś ty, i ty, dobrze. Już niedługo będziecie mogli iść o własnych siłach, niejako kroczyć i ujrzeć piękno i wspaniałość krajobrazu z biomechanicznością na pierwszym planie.

            Ale powiedziałem wy, ludzie, ale tak naprawdę to nie ma ani was, ani nas, mnie ani ciebie, jest tylko wielka macierz, ono, dziecko, Iluminatus, anihilator i stwórca, władca much. Króla cechuje niemoc, tak jak każdą rzecz o znamionach geniuszu czy wielkości. Działobitnia. Chciałoby się rzec, że awers. Miejsce ma niezaprzeczalną Moc, to tu wydobywają uran, dokładniej uraninit, UO2, by wzbogacać substancję i tworzyć piękno. Już niedługo poznacie wszystko na własne oczy, niebawem, już wkrótce, nie mogę się doczekać, to takie ekscytujące, kurcze! Chodźcie, chodźcie, pokażę wam jeszcze coś. Dotarliśmy do fabryki, gdzie maszyny tworzą maszyny, a te zaś (maszyny) tworzą statki. Dzięki konstrukcjom można lecieć w kosmos, do najdalszych zakątków. Zgłodniałem, mam smaka na ptaka! Już od dawna nie miałem niczego w ustach, nie jadłem w sposób konwencjonalny. Nie muszę, ale ciekawie będzie odświeżyć pamięć. Iluminatus dodał kilka elementów, ale nadal jesteście podobni, jak wtedy, teraz zaś… znajdę coś do jedzenia, a potem utnę sobie drzemkę. Wiem już, skąd głód. To dzieci Nony zaczęły rosnąć, opuściły jaja, to stąd większe zapotrzebowanie energii! Iluminatusie, pomóż, zrób coś z tym, bo inaczej… no właśnie, co? Umrę, skonam, wyciągnę kopyta, zaliczę zgon? Nie pomoże, zbyt zajęty jest wami, ludźmi, to właśnie ludzie są nowym nabytkiem lubieżnika; szczyci się osiągnięciami, ale to prymityw, zwyczajnie i po prostu, najzwyklejszy w świecie jełop, nie inaczej, a jełop właśnie. Nie chcę, nie będę, powtarzałem nieraz w myślach, prosił go o przysługi, a znów kajam się przed tym parchem jak pies, niemal padam na kolana… nie tym razem, mam go dość, wyżej uszu, po zęby trzonowe i cuchnie jak gówno, dosyć tego, basta, przebrała się miarka. Idę więc, odchodzę nieswój, nastrój w tonacji A minor, chlip-chlip.

            Chyba najdziwniejszym, ale zarazem najciekawszym wynalazkiem, i może najbardziej fascynującym wynalazkiem człowieka, według mnie, oczywiście, jest sztuka. Pragnę państwu przedstawić prezentację dotyczącą śmierci w sztuce; oto obraz, śmierć i dziewczyna, danse macabre, taniec śmierci… ma piękne cycki, prawda? Podroby pierwsza klasa, niezgorsze mięso, wieprzowina, pewnie wyszła z fabryki za rogiem… przepraszam, nieco mnie poniosło, a to dlatego, że już od dawna nie słyszałem ludzkiego głosu. Przyznaję, że pracę napisał za mnie wujek, nie inaczej, biomech trzeciej generacji, półgłówek o sile megatony we wzwodzie. Muszę coś wynaleźć naprędce, bo obleję egzamin. Mam! Może po prostu napiszę, powiem, wyszepczę prawdę, to chyba najgorsza z opcji, ale niczego lepszego do tej pory nie wymyśliłem; a więc prawda, niech tak zostanie.

            Czy robiliście to kiedykolwiek z kobietą, ale tak naprawdę, a nie, żeby was zgwałciła i złożyła jajka między żebra, w przeponę, hm? To był mój pierwszy raz, byłem dziewicą, a raczej prawicą, to znaczy prawiczkiem. Słyszę myśl, a więc odpowiadasz, jesteś. Żaden wstyd, rzeczesz. Możliwe.

            Larwy opuszczają jamę ciała, ciałość przeszył dreszcz, odchodzę ze strachu, konam w ogniu pogaństwa. Żałuję, że nie znałem matki, że nie pamiętam, choćbym znał, że sprawy pobiegły przez tor po piachu, gdzie nie ma wody, radości, śmiechu ani wiatru. Szkoda. Miało być tak pięknie. Ale nie stchórzyłem, nie zawołałem Iluminatusa, Stwórcy, ale teraz już stwórcy, gardzę nim, toż to ślepy zegarmistrz, nie jakiś mistrz, a zwykły szambonurek! Doznaję szoku, przewalczam skurcz, muszę skurcz przewalczyć, ponieważ… jak nie, to… aaaa!!! Proszę, przestańcie, odejdźcie, wynocha, sio, nieee!

            No i już… odpełzają, leżę, jest jeszcze jedna, nie czuję bólu, czuję radość, gorycz odchodzi w przeszłość, miło było pana poznać, panią również, dziękuję, dowidzenia. Pozwólcie, że poleżę i pomyślę, dajcie czło… biomechowi zemdleć, zejść na sekundę, może dwie z tego łez padołu… Lecz drgam czując lęk, rośnie w strach: a co, jeśli to nie sekunda, czy dwie, a wieczność cała? Jednak Iluminatus ofiarował poszerzenie osobowości, chipy i mikrochipy, silikon, krzem i kurzą nóżkę; miałem nie wzywać jego imienia, nadlatuje, a niech to! Naprawia mnie, szczyl jebany. Wyciąga odnóże i widzę strugę energii, światła, blasku, jasności, piękna… czuję rozkosz powstawania, a potem gwałci i gwałci, naciera bez ustanku chudym i małym, nieforemnym cielskiem, głowa lata na lewo i prawo, wielka i wzdęta, jak balon, pełna gazu, mózgu i nienawiści do wszystkiego, co żywe. Jak widać tylko taka istota może stworzyć cokolwiek.

            – Jaka? – Odgadł moje myśli, szlag. Milczę, być może zignoruje prawdę, bo to prawda, że jest bestią; nie daje za wygraną.

            – Jaka?

            Nie! Jest taki silny! Nie chcę, nie mogę, nie potrafię, nie podołam… to już cztery, a w porywach i pięć nie. Trzeba umieć mówić nie, więc mówię:

            – Jesteś podły.

            Porywa w przestwór nędznika, lecimy przez chmury i nawałnice, burze, deszcz i grad, i gdy jesteśmy już bardzo wysoko, tak, że świat w dole wydaje się karykaturą, przemawia, a głos jego niczym trąba, to próba, gwałt przez uszy.

            – Stworzyłem ten świat, a ty śmiesz mnie obrażać, choć robisz to jedynie w myślach. Odgaduję je, słyszę, znam każdy centymetr padliny, wiem o tobie. Ty i te twoje sztuczki! Powiedz teraz, kim jesteś.

            – Jestem gównem.

            – Dobra odpowiedź. Więc darowuję ci życie. Jeśli przeżyjesz upadek… koniec napraw i protekcji, będziesz musiał maszerować jak pozostali, a jak połamiesz nogi, złamiesz kręgosłup…

* * * * *

            Niebieskie światło wypełniało przejście, miałem karabin, a kiedy u wlotu do pomieszczenia stanął potwór, zacząłem strzelać. Miałem świadomość, że śnię, ale przez chwilę było zupełnie ciemno. Nie jestem doskonały, mogę umrzeć. Nikt nie jest. Obudziło mnie lizanie psa po policzku, zwierzęcia z dziwnym obiektem wokół szyi, krępowało i pewnie nadal krępuje ruchy; pies zniknął. Nie zginąłem, to plus, niewątpliwy sukces, ale że nie złamałem nogi, nie skręciłem kostki… toż to cud. Wpadłem co prawda do jaskini, przez sufit, połamałem konstrukcję i rąbnąłem tuż obok sadzawki; mam szczęście, mogłem utonąć we śnie. Pies jest biomechaniczny, jak niemal każdy byt tutaj; nanopies zombie, przez rozdarte futro widziałem połyskujące, metalowe żebra. A więc półmaszyny miewają sny. Od dawna nie śniłem. Ujrzałem w wizjach zwierzę, jak się nazywa? Eureka, to słoń! Czytałem gdzieś o istocie posiadającej rytuał pogrzebowy, żałobę… można zauważyć, że ludzie posiadają wiele cech zwierząt, jakby gromadzą je wszystkie: wykorzystywanie narzędzi, więc kulturę, uczą potomstwo i siebie nawzajem, grzebią zmarłych, budują domy; niesamowite. Pies wraca, niesie cuchnące resztki. Coś padło niedaleko, oglądam ramię, to biomech. Chyba uczczę pamięć brata minutą… obgryzania. Mmm… ależ zgłodniałem. Wracam do formy, odzyskuję siły. Pies siada i merda ogonem, pewnie syty, i patrzy wilgotnymi, poczciwymi oczami na nowego pana. Nie wiedzieć dlaczego, zakładam, że był bezpański. Trzeba wrócić na górę, nie wiem jeszcze tylko jak, ale jak dużo myślisz, wiele uściślisz. Muszę poszukać; muszę? A kto mi każe? Chyba mam nerwicę. Pies znika znów we wlocie korytarza, buszuje po przejściach, pewnie bawi się świetnie, a może założył tu rodzinę i mięso jest daniną dla olbrzyma, żeby nie pożarł suki z młodymi? Więc kilka psów brata jak-mu-tam przetrwało.

            – Na imię miał Iglica – woła głos i aż ciarki chodzą mi po plecach. Udaję, że nie słyszę, gdyby ktoś jednak spoglądał ze ściany utkanej czaszkami. To miejsce jest straszne i sądzę, że gdybyście mogli je ujrzeć, uznalibyście tak samo. Jak bardzo brakuje mi kobiety! Wspominam wygląd Iluminatusa: bestia za każdym razem jest nieco inna, widać czuwa nad nią jakaś forma stwórcy, a może ma żonę, która jednak nie pozwala na seks? Więc wyżywa się, sukinpies na maluczkich! Ja mu pokażę! Lepiej nie myśleć, bo pozna. Syty, może nie tak do końca, bo strasznie chce mi się rzygać, idę korytarzem i znajduję spiralę schodów, klatka wiedzie prosto na powierzchnię. Powietrze jest świeże, pachnie jakoś tak… kwiatami? Chłodny powiew podnosi resztki włosów. Panuje czerwona poświata, poblask chmur. Widzę psa, pewnie szuka pożywienia; szukajcie, a znajdziecie. Ja jednak już od dawna stoję, a powinienem iść, też zacząć szukać.

            Myślę o Iluminatusie: mam już jednak lepsze o stworze mniemanie, bo zmienia innych, ale jego też zmienia ktoś lub coś, a może dokonuje autoprzemian? Tak czy inaczej, widać cierpienie córek i synów nie jest stwórcy obce. Panuje pokój, ludzie przegrali. Pora odnaleźć sens istnienia.

            – Szukanie wiatru w polu. – Znowu ten głos. Patrzę dookoła, robię obrót, widzę tylko płaszczyzny, elektryczne pola; spada deszcz i świat skrzy prądem. Omijam wloty grot; nigdy tu nie byłem. Widzę na horyzoncie korowód marszyn, ruszam. Są bliżej i bliżej, aż dołączam do linii, maszerujemy aż łomocze pod nogami. Dudnienie nie ma echa, nie ma nadziei na przyszłość… bo gdyby była, nie trzeba by było iść. Szukamy. Dokąd idziemy, pytam. Milczy jak grób, ten przede mną również. Widzę psa z urządzeniem na szyi; macham na pożegnanie, macha ogonem, wołam, on też wyje, nie wiem, czy mnie poznaje.

            Teraz już widzę tylko ciemność, zalega dookoła, lepiszcze bojaźni i gniewu, osiada na ramionach i w nozdrzach, czujesz odór siarki? Cel bliżej i bliżej, maszeruj albo giń.

* * * * *

            Styl biomechaniczny musi zatryumfować. Skąd wniosek? Jak widzicie pies przetrwał dzięki kombinacji z robotem; robopies. Możecie uznać, że wierzę w to, bo odchodzę, bo sam jestem maszyną, przynajmniej po części, lecz jeśli tak uważacie, to nie macie racji. Powiem więcej: grubo się mylicie. Jestem cybroniczny tylko dlatego, że chcę taki być, pomijając fakt niepamięci początków, początku. Nie przeklinajcie mnie; sami jesteście powoli, pomału, krok po kroku, coraz bardziej tworami technologii.

            Spojrzałem przez ramię, w tył. Ten, co idzie za mną przeraża mnie, działa mi na nerwy, prawe oko ciemne, cały jest w cieniu, ocieniony, ale lewe – świeci na czerwono, wielka kula światła w obrębie głowy. Cuchnie, przegnił. Ciało odpadło z twarzy niemal całkowicie odsłaniając komplet krzywych zębów; czaszka, oto oblicze współczesności. Ale i tak uważam, że biomechaniczność ma przewagę nad jedynie biologicznością. Ewolucja co prawda zwolniła, ale z perspektywy właśnie biologii – marszyny, biomechy, cała ta zgraja ma się świetnie idąc pod prąd ewolucyjnym tendencjom. Ale czy na pewno? A jeśli się mylę? A jeśli właśnie nie płyniemy pod prąd, a w dół biegu rzeki czasu? Płynę pod prąd, bo z prądem płyną tylko śmieci… oj tam, oj tam. Nie martwcie dupy, ludzie trupy, jak prawił kaznodzieja stojący na podeście z beczek na odpady atomowe. Wkoło tłum biomechów i Gergów, a potem kaznodzieja wyciągnął z torby najpiękniejszą rzecz, jaką w życiu widziałem: w doniczce miał kwiat, czerwoną różę. Cud! Szkoda, że klecha tak marnie skończył, trędowaty prorok, zjedliśmy go… za bardzo przypominał człowieka i kazał przypomnieć sobie, że byliśmy ludźmi. Boję się tego, trzęsę przed tym tyłkiem i wyznaję z bólem, cierpię, ale… pamiętam. Ja pamiętam. Ja robot. Możliwe, że jednak byłem człekiem. Ongiś, dawno temu, za górami, za lasami kiedy jeszcze istniały, ale jakie ma to znaczenie tu i teraz? Zmierzam, idę, maszeruję. Ale dokąd? Nie wiem, milczą, nie odpowiadają, być może sami nie wiedzą. Trudno i smutno, przed nami jest Kutno.

            W oddali trzaska grzmot, słyszę już tylko uderzenia stóp o podłoże, brunatne jak zwłoki, nie słyszę nawet swoich myśli. Nie czas żałować róż, kiedy płoną lasy. Jednak gdy pożarliśmy kaznodzieję, patrzyłem na zadeptaną roślinę i czułem żal, żałość, wewnętrznie konałem ożywiająco. Co za bełkot…

            Bracia i siostry rozpełźli się na lewo i prawo, a ja siedziałem, jak Hiob na kupce gnoju, i czekałem. Na co czekałem, spytacie? Na znak, i nie otrzymałem. Wystarczyłby chociaż snop światła, tak wtedy sądziłem. Teraz wiem, że słońce świeci dla dobrych i złych, więc co po takim znaku? Czy on oznacza coś więcej niż tylko bliskość gazowej kuli? A wiatr, gdy wieje? Myślicie, że to duch święty? Brednie, wiatr wieje, kiedy chce, nie, on nie ma woli, jest bezwolny, martwy… po prostu wieje. Więc nie oczekujcie ode mnie tego, czego nie otrzymałem, znaku. Nie, nie wiem – to najlepsza odpowiedź… i najgorsza. Ale lepszej nie znam. Po prostu nie wiem. Wtedy zacząłem wątpić i zwiedzać, pokochałem samotność i opuściłem stado. Wtedy spotkałem was.

            Ludzkie oczy są niedoskonałe, tak samo mózg, wiec może źle prawię. Więc kiedy ożyjecie, jeśli jeszcze będziemy razem, nie stracimy kontaktu, porozmawiamy, wymienimy poglądy, powiecie, co sądzicie.

* * * * *

            Upadłem nisko, biomechanoid Osiem F.

            – Następny – oznajmia mechastrażnik; dotarliśmy do budowli, która wygląda jak katedra, choć pewnie nią nie jest. Następny, następny… powtarza. A może gromada nie była najlepszym schronieniem? Peleton głupków. Biegnijcie po życie, chcę zawołać, a krzyczę coś zgoła innego: biegnijcie po śmierć waszą!

            – Następny.

            Mechastrażnik nie zwraca uwagi, ale kiedy wstrzymuję sznur i chcę porozmawiać, zaczyna bełkotać i ciskać przekleństwa; wybucham śmiechem, gromkim, śmieję się z całego serca. Jak ktoś chce powiedzieć mi coś mądrego, to mogę się wysrać na niego. Mówię, że miałem jego matkę, na co wyciąga, a raczej wysuwa z ramienia, przekształca je w działo i pocisk plazmy przepoławia mnie. Biomechanoid Osiem F, poległ za nieposłuszeństwo obywatelskie. Zostaje przyznane mu odznaczenie antypamięci; każdy, kto wypowie jego imię, dostanie kulkę w łeb.

            Leżą u stóp budowli, która z daleka wyglądała jak palec Boga, piękna, jak góra, miałem wrażenie, że dotyka nieba, że tworzy pomost między jeziorem chmur, a padołem łez i cierpienia. Teraz odchodzę.

            – Gdyby kózka nie hasała, to by nóżki nie złamała. – Znowu ten głos. Jak ja go nienawidzę, nie cierpię, pogardzam mową bezowocnie wzdętej części mózgu, jak widać nie każda ingerencja Iluminatusa miała sens. To jak intelektualna masturbacja. Gdyby kózka nie hasała czy nie skakała? Jak to szło? Ale czy to coś znaczy? Ilość sylab sie zgadza, chyba jest w porządku. Chcę przypomnieć sobie dawne czasy, ale coś nie pasuje… takie właśnie są wspomnienia, rzadko coś pasuje; jedna rzecz zamienia drugą, słowo zastępuje synonim, a czasem wręcz przeciwieństwo tak, że nie wiesz już skąd pochodzisz. Pozostaje tylko tu i teraz, beznamiętność teraźniejszości.

            Nie miałem wyjścia – odpowiadam szeptem głosowi, ale milczy. Przegrałem. Proszę, odezwij się; czy to ty, człowieku, który jesteś we mnie, to ty? Istniejesz jeszcze? Umieram z tobą, czy sam, absolutnie i kompletnie sam, jak bestia… nie odpowiada, a może nie odpowiadasz, a może… nie odpowiadam. Trzy ścieżki, drogi, podejścia łączy orgazm konania. Agonia nie jest taka zła. Jezus nie miał na co narzekać. Cierpienie rodzi sztukę, ars poetica.

            Być może wrócę jeszcze pod taką czy inną postacią; nie miejcie za złe prostaczkowi słowotoku. Czy nadleci on, Iluminatus, jabłoń, która rodzi jedynie zgniłe i zapleśniałe owoce? Widzę psa, szedł za mną aż dotąd! Przyjacielu! Nie! Co ty robisz?! Ale nie mam siły krzyczeć, kiedy pies zaczyna szarpać brzuch, wnętrzności, ogryzać i miażdżyć kości…

            Świadomość może i jest iluzją, ale iluzją podpartą mocnym dowodem materialności; jeśli pies zje ciałość, czy przetrwam? Może zostanę zapisany w śpiewie wiatru i blasku poranka; być może Iluminatus da radę odtworzyć nieszczęśnika, jeśli zechce…

            Spieszczota…

————biomechanoid Osiem F—–koniec transmisji—–awaria zasilania awaryjnego—

            Ostatni fragment komunikatu, paskudna ironia.

* * * * *

            Świat-ło, światło, wszędzie światło… widzę je. Czym zasłużyłem na biomechaniczny raj? O nie, wracam, złote obłoki wysysa słońce, teraz czarna dziura. Jak nazywa się zwierzę z trąbą? Słoń… słoń-ce? Słońce? Tak właśnie się nazywa? To Iluminatus, słyszę jego głos, wzywa mnie, sługę cienia. Zresztą, nie wierzę w życie po śmierci, a blask to pewnie jedynie efekt zmian ciśnienia w mózgoczaszce. Odgoniłaś psa, istoto? Nie mogę mówić, ale mam nadzieję, że słyszy myśli, jest piękna, to kobieta, samica człowieka, samica-Ewa. Znam ją skądś, nie wiem skąd. Teraz już poznałem, rozumiem, wiem i dziękuję za to Tobie, niebieska istoto. To znaczy, że byłem człowiekiem, skoro tak poruszają mnie rysy jej twarzy… Chichocze jak dziewczynka, a potem ciągnie mnie, korpus, wrak w stronę pustkowia, statek już czeka. Tu byłem wygnańcem i wyklętym, banitom, demonem tak dobrze wkomponowanym w tło, w ziemię ognistą, a teraz… dla nich jestem odkryciem, wybawcą, niemal aniołem. Nie chcę być aniołem, bo to samotne istoty, nikt ich nie kocha. Muszą zadowalać się altruizmem, a ja w głębi serca zawsze byłem hedonistą.

            Skąd cię znam? Myślę, ale ona nie patrzy do tyłu, nie odwraca się, nie zawraca, a ciągnie połowę cielska w stronę statku; silna, jak na ludzką kobietę. Samica alfa. Pewnie ma mechaniczny szkielet, jest silna. Powtarzam się, cóż. Nogi, których pies nawet nie tknął ciągną dwaj żołnierze, roboty. Na statku jest cicho i miło, potulnie jak w domu. Ale czy wnętrze może być potulne? Na pewno potulne są baranki, cholera, starzeję się, a jak mawiają – starość nie radość. Będziesz od dziś moją duchową córką, samico-Ewo! A jeśli zechcesz, nie tylko duchową nie tylko córką! Może odzyskam mowę… opadają mnie, dziada biomecha, roboty naprawcze. Mechanika już dawno wyprzedziła cywilizację, świat ożywiony musi iść na kompromis z maszyną. Zwykłe organizmy żywe można spotkać jeszcze jedynie w rezerwatach przyrody. Większość i tak odtworzyli genetycy Gerg. Zwierzęta i rośliny pochodzą z Ziemi. Ludziom nie pozwolili egzystować, bo to zbyt świadome zwierzęta, za bardzo skore do buntu, łatwo ich podjudzić, parszywe istoty! I pomyśleć, że kiedyś byłem człowiekiem. Niecelowa część umysłu zjada pozostałe; taki mały autokanibalizm, słodko. Kobieta jest rzeczywiście piękna, mam to słowo, jest na końcu języka… jest cudowna, ale nie kocham jej. Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, być może z czasem poczuję miłość, ale na razie to zachwyt, choć bez przesady.

            Czyli tak oto końca dobiega opowieść o cyborgu idiocie? Roboty stawiają mnie na nogi, w przenośni i dosłownie. Odzyskuję mowę. Oto pierwsze, co powiedziałem: słonina. Nie wiedzieć dlaczego Iluminatus, w moim odczuciu, przypomina słonia. Może przez trąbę… dziecko słońca. Nic dziwnego, że starożytni czcili gwiazdę. Startujemy, statek opuszcza powierzchnię planety, rusza w górę, wyrywa w powietrze, niemal padam, ale przypięli pasami, aparatura huśta się, kołysze, zaopatrują strzęp życia w tlen. Te oddechy brzmią jak ostatnie tchnienie konającego, ale jest ich wiele, nie umieram. Pytam samicy dlaczego uratowała. W beztroskim geście wzrusza ramionami.

            – Przelatywałam niedaleko – mówi – i odebrałam wzywanie o pomoc, to byłeś ty… piękny umysł. Będziemy mieć dzieci i odtworzymy gatunek.

            – Bezpośrednia jesteś… tylko, że nie mam członka.

            – Spokojnie, roboty się tym zajmą. Dostaniesz przeszczep od mojego męża, zmarł przedwczoraj. Pomożesz podnieść się kobiecie ze smutku. Tak trzeba. Pogrzeb to przecież święto radości!

            Trafiłem na niezłą harpię; z sekundy na sekundę pięknieje, nie wiem czy to zasługa oczu robota, czy ciała prawdy, ciałości.

            – Ciałość – szepczę – spieszczota – mówię nie znajdując lepszych słów – dezintegracja.

            – Ćś! – Przytyka palec do ust i całuje, przecież jestem bestią, potworem, ale jak widać, panie kochają łajdaków, a nawet brzydali. Jest piękna, szczęściarz ze mnie. Jestem wdzięczny losowi za tak długi żywot, choć może piszę i mówię krótkimi zdaniami; coś za coś, tak to już jest. Kiedy czuję się lepiej, maszyny zanoszą mnie do komory od regeneracji. Poleżę nieco, być może otworzę oczy za kilka tygodni kimś zupełnie innym, lepszym, będę miał penisa i perspektywy, bo teraz nie mam zbyt wiele.

            – Jak masz na imię? – Pytam czując senność, uczucie narasta, powieki przybierają na wadze, ważą już chyba z pół kilo. Czuję ból oczu.

            – Przecież wiesz…

            – Ewa.

            – Wiesz o mnie więcej, niż chciałabym przyznać, słodkich snów, ptaszyno, dobranoc.

            Chcę coś dorzucić, ale ma ostatnie zdanie – ostatnie na jakiś czas, na razie. Wybaczcie, ale sen jest jak kowadło, ściąga mnie na dno basenu majaków, do usłyszenia. Albo i nie.

            – Od dzisiaj jesteś Adam – mówi, następuje pisk, syk, zaczyna pobrzmiewać rytm rdzenia plazmowego, szybszy od uderzeń serca i pokrywa kapsuły trzaska. Nastaje ciemność.

—–sen numer 900181—–temat: brama cienia—–przesterowanie na parametry lambda-

—–0001 1000 10 01 110110 1000 10 1011 0110 01110 0110 10 01 101101010 10010010—-

* * * * *

            Wróciłem. Tak, to ja, Osiem F, biomechanoid. Jestem na statku, jest ze mną miłość życia, Ewa. Teraz jednak nie jest człowiekiem, człowieką, chciałoby się rzec, a biomechem, jak ja. Ale czy odzyskaliście już wzrok? Widzicie? Jeśli tylko słyszycie, życzę szczęścia na przyszłość. Może za rok, dwa…

            Mam czasem wrażenie, że wszyscy ludzie to jakby niedoszłe biomechy, że człowiek był później od biomecha, że to od nas pochodzicie i kiedy Ewa studiowała, gdy spałem w komorze regeneracyjnej, me ciało i zaczynała wplatanie maszynerii we własne, to wcale nie zaczynała być czymś obcym, a wracała do korzeni. No i mamy sedno sprawy. Pośpiech, tak. Iluminatus jest blisko. Musimy opuścić orbitę, ale mamy jeszcze około godziny, więc zdążę opowiedzieć o śnie, który miałem tkwiąc wewnątrz sarkofagu z metalu.

            Śniłem o miejscu nad morzem, spękane klify, regolit, aura jak z koszmaru, ale nie było żadnej bestii, tylko ja tam żyłem, no dobrze, półżyłem jako biomech, byłem sobą. A być sobą to najpiękniejsza na świecie rzecz, to szczęście. Ale potem przyszedł pewien człowiek i powiedział, że jest moim ojcem, zwykły, zwyczajny człowiek. Niebo było bladoniebieskie. Zmarszczyłem brwi. Powiedział, że mnie kocha i już na zawsze będziemy razem, a potem sen zaczął się komplikować i już nie jestem w stanie spamiętać szczegółów… była róża i konie w galopie nad równinami, zupełnie jakbym pochodził z Ziemi… widziałem kameleona, przeraził mnie zielony pysk i te oczy, każde patrzące w inną stronę… był wąż i kamienny, biały posąg, jak z antycznej Grecji.

            Musimy odlatywać, żegnajcie, Iluminatus co prawda jeszcze daleko, ale lepiej chuchać na zimne. Trzymajcie się gorąco, pozdrawiam was, istoty, dusze, bogowie ze zbocza góry… oddaję wam pokłon, bo wiem, że jedynie dziecko posiada boskość. Siadam za sterem i choć was wyczuwam, wy mnie coraz słabiej. Sygnał milknie, dźwięk cichnie, obrazy w oczach wyobraźni blakną… żegnajcie, już nigdy się nie usłyszymy ani nie zobaczymy, to pewne. Lecimy teraz z Ewą w dalekie rubieże kosmosu, chce mi pokazać wszystkie zakamarki. Bywajcie.

ilustracje do opowiadania zapewnia pixabay.com

Opublikowane przez skowron pisze / skowron writes

małą cząstka mnie / little part of me

8 myśli w temacie “Biomechanikon

  1. Wciągnęło mnie ! I wiesz, kapitalnie to brzmi !! mimo, że żadna ze mnie recytatorka, to czytałam to sobie na głos, tak – instynktownie – „mechanicznie”, „metalicznie” . Dobre byłoby z tego słuchowisko !!
    Pozdrawiam !

    Polubione przez 2 ludzi

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: