M jak Marszyna / M for Marchine

ilustracja pixabay.com

Umysł, siedliszcze podłych myśli.

Jestem robotem w marszu. Jestem marszyną.

Utknąłem w międzyczasie; wszechświat to pustka, żyjemy w kokonach wyobrażeń, domysłów, niewiary… gdyby ignorancja była błogosławieństwem, nie byłoby tak wielu smutnych ludzi. To wojna na słowa. Utknąłem na granicy sensu i znaczeń, gdzie diabeł mówi dobranoc. Nie przedstawię się, bo imię nie ma znaczenia. Liczy się czas i miejsce. Tkwię na statku kosmicznym, niektórzy członkowie załogi to pojawiają się, to znikają. Mam wrażenie spadania. Nie wiem jak długo to potrwa, ale sądzę, że nie może trwać w nieskończoność. Teraz jestem informacją, zachodzi osmoza między mną, a nim: Śniącym. Ponoć na Ziemi było ich wielu, ale istoty pogrążone we śnie to łatwy łup; w końcu pozostał tylko jeden, zbudzili go chcąc poznać odpowiedzi. Nakazał wysłać statek, tym statkiem poleciała załoga – jestem jej członkiem. Śniący nas okłamał, kazał patrzeć na palec wskazujący niebo, nie gwiazdy. Początek był prosty, ale jakimś cudem Śniący, mimo, że pozostał na Ziemi, podróżował z nami. Mam to na końcu języka, membrana cienia; pokonaliśmy horyzont zdarzeń, co według najgorszych hipotez miało nas rozerwać na strzępy, a to nas raczej rozciągło. Nie wiem, co o tym sądzić. Sprzężenie zwrotne; informacja wypada w dziurkę od szpilki i wraca do niej, po nitce do kłębka. Nie wiem, czy czegoś nie pomyliłem, lampa przygasa.

            Po ścianie pełznie pająk; powiedzieli, że prom jest sterylny, czysty. Wokół tylko próżnia, mamy za sobą pięć lat podróży, a teraz wszystko legło w gruzach; to koniec. Ale czy na pewno? Czuję się jak pies Pawłowa, zjedzony przez rytuał. Kręcę się w kółko gryząc ogon. Z głośników dobiega muzyka, to Mozart; nigdy go nie lubiłem.

            Tutaj niewiele ma znaczenie; patrzę jak z sufitu spada kropla, pękł wąż. Mam wrażenie, że w końcu zrozumiem. Czyżbym się mylił? Matka powiedziała kiedyś, że potwory nie istnieją. Nadal mocno w to wierzę, może dlatego wariuję, dlatego, że jest z nami potwór, bo on, Śniący, to nikt inny. Muszę odłączyć wyższe funkcje mózgu, wtedy zrozumiem. Jak bardzo chciałbym wiedzieć. Najmłodszy z załogi to Tom, pracowity sukinkot, można by rzec, robota pali mu się w rękach. A może w dłoniach? Zaczynam być poetą, chyba wariuję. Oświetlenie słabnie; gęstniejący mrok zmienia rozum w igraszkę, iluzja rozumu zmienia gęstniejący mrok w krew świń. Sądzę, że wszystkich nas to czeka; sądzę, że ta jedna chwila, ten moment, stopklatka jest sekundą poprzedzającą śmierć; bardzo chciałbym wierzyć, ale nie potrafię. Bóg to teraz bóg, tylko konstrukt myśli, proteza mająca ochronić nas przed nieuniknionym. Tom powiedział, że tak właśnie zaczyna się miłość; przez przypadek, od bezecności. Młodzieniec tnie i spala komórki mego ciała, omamia wolnością; to powolna osmoza wszystkich członków jednostki z czarną dziurą. Śniący patrzy i słucha, wciąga powietrze nosem; wygląda jak straszydło na dzieci, nie wiem, co o tym myśleć. Jeśli mnie słyszycie, odezwijcie się, pomóżcie, wyciągnijcie dłoń, proszę. Chcę uciec z kokonu materii, muszę się wydostać stąd, wyrwać, a wy posiadacie klucz. Proszę, pomóżcie. Są zakłócenia w transmisji; słyszeliście to? Co to było?

            – To pewnie nic – mówi Yalon, pilot, a może sam go wymyśliłem?

            – Nadawaj, nadawaj – mówi, popędza mnie, nie lubię działać pod presją. Myśl rozpędza się, to teraz retikulum endoplazmatyczne kruka; trzepot skrzydeł, bażant poderwał się, myśliwy wypalił, ale nie na niego polował, a na wilkołaka. Nadawaj, nadawaj. Dlaczego nie? Przecież od tego tu jesteśmy, żeby sobie nawzajem pomagać, prawda?

            – Comprendo – rzecze Pete i zapala zapałkę o zarośnięty policzek; a ja myślałem, że to możliwe tylko w filmach. Czuję natchnienie, pulsuje w skroniach, nareszcie staję się sytym człowiekiem, bez zaimków, bez zbędnej paplaniny, przybieram kształt marszyny: marsz, maszyna – marszyna. Marszenik, marszogon, marszok, skok w nadprzestrzeń. Dlaczego w fikcji literackiej tak kochają opisy wspaniałomyślnych bohaterów, czystych księżniczek-dziewiczek i nachalnych robotów oraz małp w kombinezonach psów; mam tego powyżej uszu, to nie jest zabawne, to jest bardzo, ale to bardzo poważna sprawa.

            Powiedziałem zbyt mało, mówiąc za dużo. Rozpędzony do prędkości światła szum tła świa-tła powoduje sen powodowany odwrotnością odwrotności tego, o czym teraz myślisz; jedyna kobieta, członek załogi, zmarła w dziwnych okolicznościach. Być może to klucz do zagadki umysłu Kaila. Kail, mechanik, przepadł bez śladu, ale jeszcze wczoraj mówił o nieskończonej głupocie i biurokracji mającej na celu zniszczenie demirurga – cokolwiek znaczy to słowo.

            Achondroplazja i mikrocefalia jednocześnie, psy wiszą na drzewie za domem. Stąd roztacza się widok, moim zdaniem wspaniały, na drogę i las, kobieta po czterdziestce korpulentna odpowiednio do wieku prowadzi rower; czuję prąd pożądania. Chyba oślepłem; teraz już tylko dźwięk. Tylko, albo aż. Dźwięk to dźwięk, a może nie całkiem… cząsteczki bijące o bębenek to coś nad-wyraz-pięknego. Rzadko zdarza mi się wygłosić tak rozsądny wykład, wyłożyć zwłoki na stół łopatą, przetrzeć insygnia ściereczką. A więc tu i teraz, poza czasem i miejscem, w złożoności braku wszelkiej nadziei i światła, słucham Mozarta. Efekt Motyla, a zaczęło się tak niewinnie. Przecież wiedzieliśmy, że misja to kompletne samobójstwo. A może oni wiedzieli, ja nie? Może pisałem się na wszystko mając w perspektywie wyobrażenie dobrej zabawy? Marszyna, znów kokon sensu, kajdany znaczeń; dopóki śmierć was nie rozłączy. Oblizuję wilgotne wargi, zrozumiałem. Dziękuję.

            Ale oni każą kontynuować nadawanie; czasem mam ich powyżej uszu, chcę wystrzelać jak psy. W sercu pustki; to byłby dobry tytuł książki, szkoda, że niczego nie napiszę, a ten komunikat jest też listem samobójcy. Myślałem jako dziecko, że nigdy nie wejdę w kozi róg, pomyłka. Bardzo duża. Węszę dookoła niczym ślepy pies, świadomość to iluzja (kokon wyobrażeń). Uwolnijcie, pomóżcie, błagam, klęczę, wyznaję, że skłamałem mówiąc, że widzę, że wiem i jeśli tylko za to dusza moja ma smażyć się w piekle, wiedzcie, co myślę. Nie było warto.

            Śniący powierzył mi swe imię, sądzę, że jako jedynemu. Nekromander, jest z piekła rodem, ożywia mnie i zabija, wybrał, bo tak dyktowało mu sumienie. Dlaczego? Ponoć to pytanie oddziela ludzi od małp. Dlaczego nie lubię dlaczego? Chyba coś schrzaniłem… gówno chodzi po ludziach.

            Nie wiem, skąd biorę siłę. Jestem biomechaniczny, statek i ja, my i oni, my i on, on i ja, wszystko to zlewa się w całość, zmienia w jeden byt, nieznośna lekkość, wielce wielebny Kleofas Levi powiada Zaratustra; schizomantra. Jestem biomechaniczny, biomechanoid, biomechanoikon, paranoikon, jestem bogiem, a bóg zyskuje z przodu B. Jestem śniący, nie ma nas dwóch, nie ma załogi, nie ma statku: JA. Nakarmcie mnie, uwolnijcie, uwięźcie, zaczepcie. Orgazm przestworzy; mowa próżni, mowa trawa.

            Twarz w pniu, widzenie podczas spaceru; kiedyś byłem dzieckiem, umarło. Śniłem o owadach w oczku wodnym, piękne, wielkie, czarne i oślizgłe; wkładam palec w żuwaczki. Tracę część ciała, stracić znaczy zyskać, umrzeć znaczy ożyć naprawdę; palec pada na podłogę i rusza się, krew cieknie, a organ, jak dżdżownica pełznie, zaczyna żyć własnym życiem. Eureka! Stworzyłem coś i wcale nie trwało to sześć dni, a przecież jestem Bogiem! Mój wewnętrzny Nekromander drgnął, ten karzeł ukryty pod płachtą ciała; czyżby znudziła mu się wspólna egzystencja? Symbioza gówna z kałamarnicą, to hańba. Wilk syty i owca cała, ale jak mawiają, szewc bez butów chodzi, dlatego wyznam szczerze, w co wierzę: lista jest krótka, rzekłbym, że bardzo. Jedno słowo: przeproś. Wiem, co powiedziałeś, przepraszaj, ale już! Natychmiast! Ty szujo, gnido… nie chcesz przepraszać? Zaraz oberwiesz, boisz się, uciekasz? No, chodź! Stań do walki jak mężczyzna! Powiedz w takim razie, jakie jest twoje ulubione, żeńskie imię, bo moje to Dagmara. Nie podoba ci się? Nie powiesz? Nie docenili cię? Wiem więcej, niż myślisz, mimo, że jestem ślepy chociaż może ci się wydawać, że jesteś prosty jak budowa cepa, że nawet ślepiec bez trudu zgadnie, co masz w sercu na dnie. Ale zrymowałem! Od dzisiaj napiszę wielkie wiersze, ww, a nawet www. Co o tym sądzisz? Milczysz, trudno.

* * * * *

            – Ciało Chrystusa – powiedziałem, otworzyłem usta i nic. Ksiądz zniknął. Klęcząc w kaplicy patrzyłem na spadający kielich i opłatki lecące na podłogę. Wtedy zacząłem wątpić. Pomieszczenie zaskrzypiało; z krzyża pociekła krew. Mrugnąłem, widziadło znikło, lecz księdza nie było nadal. Wstałem i odwróciłem się, byłem sam.

            Biegając po przejściach i salach doznałem olśnienia; a co jeśli sie mylę? Usiadłem i płakałem, wiem, że mężczyźnie nie wypada, ale zrozumiałem, że to, z czym mam do czynienia, jest doskonałe i piękne, pięknie czyste i jaśnie oświecone, wielmożne, w swoim bezkompromisowym złu; patologia to chyba najbardziej fotogeniczne zjawisko świata ożywionego.

            Usiadłem na łóżku, w sypialni i patrzyłem w twarz żony; szkoda, że nie mogła szepnąć, posłać całusa, choćby mrugnąć. Zmarła dwa lata temu. Pocałowałem zdjęcie. Nie mieliśmy dzieci. Jestem wdzięczny losowi, a teraz, bez niej, mój umysł błąka się w ciemnościach. Miałem sen, śniło mi się, że jestem na łące, wkoło maki, spotykam tam starca; mężczyzna pochyla się i podnosi, obraca, w dłoni ma motyla.

            – Paź królowej.

            – Piękny – mówię. Starzec nie ma oka; szczerzy zęby, są żółte, czyżby od nikotyny? A może od gumy arabskiej? Zaciska dłoń z motylem.

            – Nie! Co ty robisz?!

            – Wyrwałem chwasta, zaraz zakopię ścierwo.

            Starzec sięga po pistolet, celuje, staram się uchylić ale zaczynam rozumieć, że ktoś mnie z tyłu podpiera, otwieram oczy, krzyczę; leżę na łóżku.

            Lubię przechadzać się po ogrodach statku; one, plus kilka urządzeń zapewniają nam tlen. Rośliny owocują, statek jest inteligentny, posiada zamknięty obieg, nic się nie marnuje. Możemy defekować wprost na grządkę! Jemy mało tłuszczów, dużo owoców i warzyw, pożyjemy pewnie z trzysta lat! W dolinie Hunzy czas płynie powoli; leniwie, choć czasem mam wrażenie, że jak krew z nosa. Mieliście kiedyś fantazje erotyczne z udziałem zakonnic? Tu kończy się moja kreatywność, szczerość pogrzebała wszelki rozsądek. Umysł mój, palimpsest, tabula rasa, czysta karta, scie me nihil scire. Odbieramy sygnały radiowe. Sygnały, tu, w próżni? Kevina to zdziwiło, mnie również. Ksiądz pewnie też by się zdziwił, gdyby był z nami. Później powrócił, ale w zmienionej postaci, formie, był włochatą poczwarką; próbował nas zaatakować, umęczone zwierzę, musieliśmy użyć strzelby. Ciągi zer i jedynek, co za orzech do zgryzienia, sinusoida szyderstwa otchłani. Puls wszechświata. Tak, czasem czuję go wyraźnie, przystawiam ucho do ściany, metalu, i słyszę szum; to bieg statku, świat jest wtedy potulny jak baranek. Czuję spokój, Nirwana. Solipsyzm. Czyżbym sam siebie stwarzał, wytwarzał siebie zatrąbienie? Sklerozy zarysowują się na ścianie, są czarno-białe.

            W górze, a byłem w korytarzu na pokładzie czwartym, widziałem siatkę zamykającą wentylację. Tam, w głębi, jakiś dureń zainstalował oświetlenie tak, że na podłodze, wokół własnej osi obracał się, jak wiatrak, cień łopat; mrugnąłem i upewniłem się, że cień jest zielony. Doszedł mnie głos, wpadł w ucho i poczułem ból. Wytarłem je i ujrzałem krew.

            – Mogę ją przywrócić, twoją żonę. Chcesz, żeby ożyła? Całujesz teraz martwe usta, czy chcesz, byście byli razem?

            Zamykam się w sobie, przybieram embrionalną pozycję, patrzę w bok.

            – Mogę sprawić, by Matylda wróciła, wystarczy, że oddasz mi pokłon.

            Z wentylacji wylatuje mucha, siada tuż obok, na ścianie. Patrzę, a tam pająk sobie chodzi, stary znajomy. Tak się złożyło, że mucha usiadła blisko czarnego i włochatego stawonoga; z niezdrową fascynacją obserwuję zajście. Mucha ucieka, łapię ją i połykam.

            Zgniotłem ją w dłoni zupełnie jak tamten starzec ze snu zmiażdżył motyla; pora oddać się porannej masturbacji, dziękuję za uwagę. Ksiądz wrócił.

            – A, jesteś! – zawołałem rozkładając ręce, aż chciało się powiedzieć: ty tchórzliwy Jezuito. Przeszedłem do golenia, zaciąłem się, pociekła krew, spłynęła aż za kołnierz. Gdzie ja mam rozum? Żeby tak się zaciąć! Eklektyczny dytyramb ku czci boga Dionizosa. Ultramaryna; pies lizał jej lico. Na cztery. To już jest koniec, do następnego razu.

            Poczekajcie, jest jeszcze coś: teraz dotarło to do mnie z pełną mocą. Nasz młodzieniec, Tom, jest poganinem. Kompletnie się załamał, chce do mamusi. Chłopaki nie płaczą. Bardzo brakuje nam kobiet; gdybyśmy mogli trochę pociupciać, poprężyć fallusy, byłoby zgoła inaczej, lepiej. Niektórzy gwałcą się wzajemnie, ja sam nieraz musiałem bronić się prętem przed tzw. kumplami. Tylko Tom pozostał; jest czysty, to dziewica. Ale ilu z was brało LSD, ilu z was to dziewice? Przejaśnia mi się pod sufitem, obraz nabiera kolorytu, wielobarwne motyle pląsają nad łąką ze snu w tej swojej pantomimie; mógłby nie istnieć człowiek, obserwator – ale istnieje. Makijaż ścieka pozostawiając wrażenie śmierci, czuję to drżenie w całym ciele, mała śmierć, w odbycie i członku, czuję jej wachlarz. Marzy mi się piękna Azjatka, która pomogłaby znieść udrękę; wtedy piekło wydałoby się rajem. Czcze życzenie; pozostaje wzdęty bezowocnie organ, a potem tylko próżna polucja, erotyczne senne mary rozsmarowane po wnętrzu sześcianu wszechświata i płód wewnątrz, embrionalna nieprawidłowość, iluminacja ciemnej plamki, oka kurzej matki, macica ciemnej syzyfowej utrudzoności i wiejskiego kurewstwa. Pomieszczenie jak kokon, nie, jakby zaprojektował je człowiek, ale powstało dzięki mozolnej pracy ślepego projektanta; zegarki idą do tyłu. Czyżby Einstein miał rację? Albert, ty piekielna istoto, pokrako bez czci i godności, jak śmiesz wpychać mnie w ten dół psychozy? Wyhodowałem sobie żmiję na piersi, to Tom.

* * * * *

            Marsz potępieńców; odchodzę od zmysłów, to pewne. Może uda się wrócić; sądzę jednak, że nadzieja okaże się płonna. Nadzieja matką głupich, mawiają. Statek ewoluuje; to nieznaczne zmiany, wcześniej pająk, teraz zmiana układy pomieszczeń i korytarzy. Bawię się świetnie z piekłem w tle. Szukam słowa, jest, tylko jedno, wiem, że to właśnie ono – labirynt. Przestawiam sylaby, bawię się jak dziecko łopatką w piaskownicy; bilarynt, rybilant. Rybi lant? A może rybi land? Ląd ryb? Czy tak, czy to ten tajemniczy anagram, o którym szepcze moja mroczna połowa? Nie planowaliśmy ślubu, ale tak, jest teraz moją żoną tu, w promie kosmicznym Barka Przymierza. Głowa pęknie na setki kawałków, to nieuniknione. A może na miliony? Muzyka milknie, koniec nagrania. Pająk złapał muchę, anomalia trwa. Palec podryguje, samotny członek załogi, na podłodze. Czyżbyśmy zabrali pasażera na gapę? Zbyt wiele pytam, to zgubne. Mark kręci głową.

            – Co – pytam. Dłubie w nosie. To ma być odpowiedź? Nie, ignoruje mnie. Sukinsyn, już ja mu pokażę! Już ja pokażę wam wszystkim! Im i tobie, obserwatorze, tak tobie, do ciebie mówię. Potrzebuję znaku, ingerencji, sam nie dam rady. Boże, zmiłuj się! Czy jest tam kto? Halooo? Czuję odrętwienie, obejmuje coraz większe obszary, wkrótce będę drętwą. Jest taka ryba, wiecie? Biegam tam i z powrotem, wymachuję rękami; to wszystkich spotyka, myślę. Jak ja nienawidzę życia! Rzyci. Żydzi? To przez nich, wymyślili kapitalizm i teraz już nic nie jest jasne, tylko jakby jasne! Jak ja tego nienawidzę! To przez telewizję, odziera z godności. Mam radę, hultaju, wyrzuć telewizor przez okno i idź pohasać na podwórko. To wszystko. Zdziwiony? Nie rób takiej miny, jakby matka mówiła, że cię nie kocha. Nie mam nic więcej do powiedzenia, żegnajcie piękne paniusie, ahoj!

            Żegluga jest dla dorosłych; nie ma wiatru, czekasz. Muszę to przeczekać, być może jest druga strona tunelu, czekam więc i końca nie widzę. Myślałem, że dodam coś jeszcze, ale straciłem sens. Sen-sens. Słoń-słońce. Koń-końce. Śmieć-śmierć-śmiech-ech-grzech, pierworodny. W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego, Ojcze nasz… jak to szło? Któryś… zaraz, zaraz. Mam wrażenie, że ktoś włamał mi się do mózgu i teraz spogląda od środka, kradnie sen z powiek, sens istnienia. Kradnie światło słońca, koń śmierci, egzegeza wielkiego Pereza.

            Wiecie, co to egzegeza? To objaśnianie, interpretacja tekstów, chodzi głównie o teksty z Biblii. Ciao Bella. Wiem, jestem inteligentny, dziękuję. Wiecie, ludzie dzielą się na równych i równiejszych. Ponoć nie ma nieinteligentnych, są tylko inteligentni i bardzo inteligentni. Ja należę do drugich, Jezus powiedział. Zaczynam mieć powoli wrażenie, że nie jestem na statku, a w wariatkowie. Takie wytłumaczenie mojego stanu umysłu wydaje się być dobre, choć nacechowane siarką. Tak, siarką, nie inaczej, dobrześ usłyszoł, chopie. Jestem drwalem i jestem w porządku. Dziękuję za uwagę. Panie i panowie, to by było na tyle. Tia…

            Chwileczka, nie odchodźcie, jest jeszcze coś; całkiem bym zapomniał. Śniący kazał przekazać serdeczne pozdrowienia, pozdrawia również diabła, który jest w was. Jeśli kiedyś w lustrze miast gęby człeka ujrzycie facjatę demona, nie bójcie się, bo już jesteście w piekle i możemy podać sobie ręce. Tym optymistycznym akcentem kończę transmisję, odbiór.

Opublikowane przez skowron pisze / skowron writes

małą cząstka mnie / little part of me

9 myśli w temacie “M jak Marszyna / M for Marchine

  1. „Kokon materii, kokon sensu, kokon wyobrażeń” Ciekawe to Twoje sf, myśli mocno szarpane, oderwane. Sporo inspirujących i zastanawiajacych zbitków słownych, pomysłów. Długie, ale przeczytałam nawet ;). [demirurg czy demiurg?]
    🙂
    „Zaczynam być poetą, chyba wariuję.”
    ..raczej zrzucasz kokon, przeobrażasz poczwarkę w delikatnego motyla.. nadwrażliwość, nadinterpretacja.. tu też działa sprzężenie zwrotne, a może i efekt motyla? 😉 Ponoć wszystko względne jest..
    Fajnie oderwałeś. Dzięki.

    *) zapisałam parę notatek na „kiedyś tam”

    sen – sens
    słoń – słońce
    koń – końce
    śmieć – śmierć
    śmiech – ech
    grzech…
    kradnie sen
    sens z powiek
    po wiek istnienia
    istnienia zapomnienia
    wspomnienia..

    ***
    „interpretacja inaczej”

    egzegeza głupiego ego…
    równego i równiejszego
    inteligentnego inaczeń

    …więcej znaczeń
    znacznie więcej
    czyli mniej..
    bo mniej to więcej
    mniej więcej
    nie inaczej

    to tylko nasze
    ‚kajdany znaczeń’
    😉

    pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. SF to nie mój ulubiony gatunek literacki 😦 Prawdę powiedziawszy z literaturą fantastyczną w większej ilości miałam do czynienia tylko raz. Goszcząc u córki ( fanki gatunku nie wiem po kim 😀 ) nie było nic innego do czytania więc z konieczności zapoznałam się z niektórymi utworami 😉 Nie uprawnia mnie to jednak w żaden sposób do komentarza, więc ograniczę się do pozdrowień 😉

    Polubione przez 1 osoba

      1. Spojrzę, ale nie ręczę za efekt. SF to całkiem nie moja bajka, choć moi chłopcy właśnie takie coś lubią. Widocznie chłopaki tak mają. Ale i dziewczyny też, więc pisz 🙂

        Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: