Content is King. Stephen King…

1. „Smętarz dla zwieżąt”

Wszystko zaczęło się, gdy miałem dwanaście lat. Wujek polecił mi Stephena Kinga, poważne i groźne książki. Czytałem zapamiętale. Scenę erotycznego prysznica pamiętam do dziś. Był tam też Paxow. A może Pascow? No i, oczywiście, indiański cmentarz ukryty głęboko w lesie, nieco ponad miejscem pochówku kociaków, psów i rybek. Dzieci bywają urocze wymyślając przeróżne zabawy, w tym odgrywanie pogrzebu. Mistrz Grozy wziął na warsztat zmartwychwstanie i odwrócił je (sic!) na kanwie mrocznego kultu rdzennych mieszkańców Ameryki. Raz zakopane w ziemi cmentarzyska zwłoki niedługo wracały ożywione, lecz i nie tylko. Pradawna magia zamieniała istoty nie do poznania, zarówno pod kątem zapachu, jak i… osobowości.

2. „Marzenia i koszmary”

Potem przyszedł czas na zbiór opowiadań. „Cadillac Dollana” mnie przeraził, zwłaszcza trzaskające na wichrze (bądź nie na wichrze) drzwi samochodu. Misterny plan zakopania żywce gangsterów powiódł się, a prowadząca doń mordęga w upale pustyni nie pozwoliła oderwać wzroku ani na moment.

Palec wyłażący z umywali? Myślę, że znajdzie się coś na stanie! Tak samo wampir w awionetce będzie dziś gwiazdą wieczoru.

Wiele jednak tekstów przeszło przez mój młodzieńczy umysł niezauważonych i niezrozumiałych.

3. „Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika”

Nastała długa przerwa, aż wreszcie dotarłem do momentu zwrotnego w mej karierze czytacza, lecz i pisacza.

W czasie studiów, podczas dwutygodniowego okresu grypy, siedziałem sobie zanurzony w kołdrze i wertowałem książkę, która odmieniła mój sposób patrzenia na słowo pisane. „Unikaj strony biernej – jest tchórzliwa”, „unikaj zaimków osobowych”, „pisz krótkie zdania – śliwki uświęcają” – powyższe rady spróbowałem odtworzyć z pamięci najlepiej, jak potrafiłem. Mówią na to parafraza.

Zatonąłem na amen, zarówno w opisach stricte warsztatowych, jak i części biograficznej, gdzie dowiedziałem się bardzo wiele o idolu z lat młodości.

Na końcu zaserwował nam prawdziwą perełkę wystawiając swe życie, a w zasadzie moment, gdy wisiało ono na włosku – na widok publiczny.

Słynny już dziś wypadek samochodowy, po którym nic nie miało być takie, jak wcześniej. Opisany w pierwszej osobie, oczywiście, i bodajże w czasie teraźniejszym. Zapewniło to niezwykłą naoczność.

4. „Carrie”

Po długiej przerwie od książek Mistrza zacząłem wszystko od nowa, dosłownie, bo od jego pierwszej powieści. Chociaż tak naprawdę „Carrie” czytałem dwukrotnie i ciężko mi umiejscowić te dwa czytania zarówno w czasie, jak i przestrzeni.

Pamiętam krew menstruacyjną, która wywarła na mnie piorunujące wręcz wrażenie, i deszcze meteorytów w ogrodzie, świńską krew i ogólną masakrę na końcu.

Później – już pow wypadku – w „Ręce Mistrza” pisał o Edgarze Freemantle, który malował obrazy i pierwszy, prawdopodobnie niczym „Carrie”, miał w sobie coś, czego nie miały już kolejne. Zmora wielu artystów – pierwsza książka pozostaje swego rodzaju darem i przekleństwem jednocześnie.

5. „Ręka Mistrza”

Przeczytałem książkę z zapartym tchem. Najbardziej podobały mi się muszle-czaszki grzechoczące tuż pod powierzchnią szklanej podłogi w willi głównego bohatera artysty na wyspie Duma – upał i wczasy zmieszane z chłodem tajemniczego mroku. Artysta piszący o artystach… Czy może być coś bardziej przekonującego?

6. „Bastion”, „Bezsenność” i „Nocna zmiana”

To książki, których nigdy nie dokończyłem, choć dla wielu to właśnie „Bastion” stał się powieścią kultową. Również czwartą po północy przeczytałem tylko w połowie, dokładniej rzecz ujmując w pierwszej połowie dwóch na cztery opowiadań.

7. „Przebudzenie” i „Pan Mercedes”

To już zupełnie nowa para kaloszy. W „Panu Mercedesie” moim skromnym zdaniem genialna była jedynie początkowa scena na molo, reszta zwyczajnie przeciętna, a „Przebudzenie” oceniam tylko trochę wyżej niż w porządku. Głowy nie urwało, ale i nie znudziło, ani nie wymęczyło.

8. „Miasteczko Salem” i „Wielki Marsz”

Tak, tak, w międzyczasie zdołałem pochłonąć „Miasteczko salem”, pieśń o wampirach, która nie wywarła na mnie szczególnie dużego wrażenia. Jak na drugą powieść przystało, musiała być przecież słabsza od pierwszej.

„Wielki marsz” należał do jednej z pierwszych lektur od tego autora, zaliczony jeszcze w czasach liceum. Tu, choć pod pseudonimem Richarda Bachmana, kreatywność młodego jeszcze wtedy Kinga sięgała szczytów. Oto dziewięćdziesięciu dziewięciu samobójców i jeden zwycięzca, maszerowali sobie w zabójczym marszu mającym na celu zmniejszenie populacji – dopiero z biegiem książki karty zostawały odsłonięte. Zwycięzca mógł być przecież tylko jeden…

Teraz już, choć sentyment pozostał, nie czytuję Kinga. Gdy wezmę do ręki jakąś książkę Mistrza Grozy łapię się na tym, że bardziej od treści podobają mi się przedmowy autora.

Photo by Pedro Figueras on Pexels.com

Opublikowane przez skowron pisze / skowron writes

małą cząstka mnie / little part of me

6 myśli w temacie “Content is King. Stephen King…

  1. Wierz mi, próbowałam, ale to widocznie nie był właściwy moment, albo właściwa książka. Skutecznie mnie zniechęciła by sięgnąć po inną tego autora. Nawet tytuł wymazał mi się z pamięci 😉
    „Przebudzenie”.. pewnie chodzi o inne, nie de Mello?

    Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na skowronpisze Anuluj pisanie odpowiedzi

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: